czwartek, 3 listopada 2016

Facebook nie jest koniecznością

Muszę powiedzieć, że bardzo chętnie przybrałbym pozę zadumanego poety, który siedzi z zeszytem w ręku nieopodal brzegu morza na jednej z wysp Cyklad i pisze wiersz, spoglądając na antyczne ruiny. Byłaby to jednak poza fałszywa. Jestem nie mniej niż inni dzieckiem swojej epoki i obecność w sieciach społecznościowych jest dla mnie - oczywiście - chlebem powszednim. Zresztą, Blogspot jest częścią koncernu Google, więc odżegnywanie się od społeczności w wydaniu hic et nunc byłoby groteskowe. 
Po takim oto coming-oucie pozwolę sobie przejść do myśli przewodniej artykułu.

Parę dni temu wybuchł kolejny skandal związany z serwisem Facebook.Otóż z serwisu najpierw skasowany został profil Marszu Niepodległości, a później blokowane były konta osób, które udostępniły plakat zapraszający na to wydarzenie. Działo się tak, jak czytamy w oświadczeniu wiceprezesa koncernu, ponieważ symbol Falangi jest rzekomo zakazany. Nie jest. Wydarzenia nabrały jednak większego tempa, kiedy zablokowano profil posła Marka Jakubiaka. Twierdzi on, razem z dziewojami i paniczami spod znaku ręki zbrojnej, że złamane zostały zasady wolności wypowiedzi zawarte w polskiej konstytucji. Dziś w tej sprawie ma się odbyć nawet protest pod polską siedzibą Facebooka. Do tego doszło odkrycie przez kilka serwisów, między innymi Pikio.pl, iż Facebook, że nie parsknę śmiechem, usuwa im lajki. To też uznano za blokowanie wolności słowa.

Jeszcze większe zamieszanie narobiło się, kiedy redaktor Rafał Otoka-Frąckiewicz powtórzył znane już gdzieniegdzie ustalenia, że polski oddział Facebooka wcale nie jest samodzielny, a podległy placówce w Dublinie, natomiast nasi rodzimi, na polskiej piersi wychowani administratorzy mają dość mocne powiązania z partią Razem i innymi środowiskami skrajnie lewicowymi (więcej tutaj). Ogólnie - temat poruszany jest w radiu i telewizji w tak zwanym prime-time na niepoślednim miejscu, część środowisk prawicowych grzmi o kneblowaniu ust, a część środowisk lewicowych klasycznie spanikowała, lecząc drgawkę kolan wyśmiewaniem uciekającego oka redaktora Otoki-Frąckiewicza. W imię tolerancji, rzecz jasna.

Nie wiem, jak Drogi Czytelnik, ale ja się bawię znakomicie.

Trzeba najpierw przyznać, że międzynarodowe korporacje internetowe, takie jak Google czy Facebook właśnie, serwują usługi tak wszechstronne, posiadają wpływ tak duży na wydarzenia krajowe czy międzynarodowe, że rodzi to dość uzasadnione pytanie, czy jako podmioty prawa podlegają li tylko prawu prywatnemu, czy także - w niektórych kwestiach - państwowemu. Z tego miejsca trzeba także zbić argumentację administracji Facebooka, że swoich praw względem tego serwisu można dochodzić jedynie przed sądami amerykańskimi. Nieprawda. Działalność na terenie Rzeczypospolitej Polskiej podlega prawu polskiemu, w tym wypadku żadnych wyłączeń nie ma. Nie przypominam sobie, żeby działalność Facebooka uzyskała ochronę dyplomatyczną albo inny immunitet.

Nie zmienia to jednak faktu, że Facebook - przynajmniej oficjalnie - pozostaje w rękach prywatnych, a każdy użytkownik na początku akceptuje regulamin korzystania z serwisu. Wojownicy spod znaku ręki zbrojnej także. Jasne, tajemnicą poliszynela jest fakt, że Facebook wspiera taki, a nie inny odcień barw politycznych. Niejednemu użytkownikowi o przekonaniach okołoprawicowych post spadł (wiem coś o tym), albo sam dorobił się bana (tego jeszcze nie wiem). Problem w tym, że Facebook jest czyjąś własnością i pewnych granicach mogą ci właściciele robić, co im się żywnie podoba. Mnie też się wiele rzeczy w polityce Facebooka nie podoba, ale mam też świadomość, że nie jestem do końca u siebie.

Facebook oczywiście jest kapitalnym narzędziem do komunikacji, ale posiadanie tam konta nie jest żadną koniecznością. Zbyt łatwo i zbyt bezmyślnie daliśmy się zaciągnąć w sieć (dosłownie i w przenośni), przyjmując z początku wszystko z dobrodziejstwem inwentarza i będąc mądrymi, jak to Polacy, po szkodzie. Przenieśliśmy sporą część własnej prywatności w ręce internetowych portali, dziwiąc się przy tym, że taki zbiór wrażliwych informacji i  co najmniej budzi zainteresowanie służb państwowych i nie tylko. Taka baza danych musi kusić, dziwią mnie ludzie tymi doniesieniami zaskoczeni. Administracja serwisem społecznościowym, czy nawet skrzynką pocztową, to możliwość (przynajmniej potencjalna) wglądu do prywatnych konwersacji i osobistych danych.

Bez Facebooka czy konta Google da się funkcjonować w internecie. Jeżeli uważasz, że CIA lub Mossad nie ma nic lepszego do roboty, tylko sprawdzać, kim jesteś co tam ciekawego za pomocą Google dziś wyszukałeś i na jakie witryny wszedłeś - to zacznij używać niezapisującej Twoich zapytań wyszukiwarki DuckDuckGo. Nie rozstrzygam, jakie masz powody, że podejmiesz się takiego kroku, Drogi Czytelniku. Może lubisz pełną prywatność. A może na przykład darzysz troszkę ponadprzeciętną fascynacją pewnego dwudziestowiecznego malarza*, tudzież lubisz przejechać się czerwonym metrem**, ale nawet przed przeglądarką Ci tego wstyd. Nie pytam, nie chcę wiedzieć.

Jeżeli chcesz istnieć w sieci społecznościowej, a nie lubisz spędzać czasu pod wszędobylskim amerykańskim okiem - możesz przejść pod czułą opiekę FSB i przeprowadzić się na VKontakte. A jeśli stawiasz na daleko posuniętą prywatność na otwartej licencji, zbieraj ekipę i śmigaj na Minds.com.

To samo z pocztą, komunikatorami - jeżeli, dajmy na to, zbudowałeś w tajemnicy przed rodzicami kosiarkę napędzaną reaktorem własnej konstrukcji i chciałbyś pochwalić się koledze z gimnazjum, że właśnie skończyłeś wzbogacanie kolejnej porcji uranu w łazience, ale boisz się, że mama odkryje, po co przyspieszyłeś obroty wirówki*** - możesz założyć szyfrowany komunikator typu Confide, Wickr czy Telegram.

Istnieją zapewne lepsze sposoby ukrycia swojej tożsamości. Weźmy taką nakładkę przeglądarkową Steganos Internet Anonym - swego czasu czasopismo Komputer Świat co chwila dodawało ten program na płycie. Zasadniczo jednak pokłady wolności, z jakich możemy korzystać za pomocą popularnych serwisów są raczej wystarczające dla obywatela z dość normalnym życiorysem i względnie niską liczbą odchyleń psychicznych. Oczywiście nie wykluczam, że korporacyjno-ideologiczna pętla się zacieśni i przyjdzie co bardziej niepokornym uciekać się do bardziej wymyślnych metod komunikacji sieciowej.

Problem w tym, że jeśli mielibyśmy do Facebooka, Twittera, czy ogólnie - do internetu wprowadzić coś, czego teraz lub w przyszłości nie życzylibyśmy sobie na serwerach - najpewniej już to wprowadziliśmy. Dane sieciowe nie znikają. Same dane komputerowe, jakie przekazujemy, są o wiele bogatsze, niż nam się wydaje. Taki dokument tekstowy Worda kryje w sobie znacznie większą ilość informacji niż widoczna na ekranie - jak chociażby o tym, że wiersz dla lubej wykonaliśmy pracochłonną metodą kopiuj-wklej, a następnie w swojej skromności podpisaliśmy swoim imieniem i nazwiskiem. Można powiedzieć, że dzięki zapomnieniu o pozorności elektronicznej maski, jaką przybieramy oraz zbyt naiwnej wierze we własny spryt dostarczyliśmy dowodów przeciw sobie zanim jakikolwiek proces się rozpoczął.

Oczywiście można swoją bytność w wirtualnym świecie ograniczyć do absolutnego minimum, na przykład korzystania ze skrzynki mailowej i konta w banku, dołączając do tego przegląd wiadomości z kraju i ze świata - tak też można naprawdę dobrze funkcjonować, będąc równocześnie na bieżąco. Za łatwo zapominamy, że znakomitą część potrzebnych nam informacji możemy znaleźć poza internetem - i wcale nie jest to pomysł z gatunku rekonstrukcji historycznej.

Nie namawiam jednak do zarzucenia korzystania z Facebooka czy konta Google, pragnę jedynie wskazać, że nie są to twory tak wszechwładne, jak zdarza nam się mniemać. Więcej - sporą część tej wszechwładności sami tym serwisom nadajemy, korzystając z nich nieumyślnie. Można z rzekomych kleszczy tych koncernów stosunkowo łatwo się wydostać. Mimo wszystko jednak oferują one całą gamę pożytecznych narzędzi, z których można rozsądnie korzystać.

Dlatego śmieszą mnie dyskusje o wolności słowa na Facebooku. Jeżeli pozujące na poważne siły polityczne partie i zrzeszenia rozkładają bezwładnie ręce wobec blokad wprowadzonych przez, jakby nie było, jedną stronę internetową - to nie mogę nazwać tego niczym innym, jak drobną błazenadą. Jeżeli chcemy, mimo wszystko funkcjonować w świecie lajków i słynnej wyszukiwarki - musimy pogodzić się z tym, że jesteśmy jedynie użytkownikami, a gospodarzem jest ktoś inny. I nie zawsze ma takie pomysły, jakie by nam się spodobały. Dlatego warto zachować chłodną głowę w sieci, a przede wszystkim - cenić ją niżej niż rzeczywistość za oknem.

*Nie chodzi mi tutaj o Edwarda Rydza-Śmigłego. Ale znajdź innego idola.
**Znajdź sobie także inne hobby. Zbieranie znaczków jest fajne, na przykład.
***Wciąż jednak wierzę, że po prostu lubisz prywatność.

środa, 26 października 2016

Węzeł śląski

Witam Was po bardzo długiej przerwie tutaj, na blogu. Kto śledzi moje poczynania na Facebooku, ma okazję z moimi wpisami zaznajomić się częściej. Przyszła jednak pora na tekst dłuższy. Mam razem z nim nadzieję, że uda mi się pisanie na blogu choć odrobinę wskrzesić.

Mieć dwadzieścia dwa lata i dokonywać pierwszego rozliczenia swoich przeszłych poglądów i wynurzeń - to być może sprawa nieczęsta. Odczuwam jednak w swoim przypadku taką potrzebę, napisałem bowiem trzy lata temu całkiem głośny w niektórych kręgach artykuł "Kto się boi silnych regionów". Z perspektywy minionego czasu wciąż śmiało podpisuję się pod tym tekstem. Niestety, zmienił się kontekst, w jakim moje słowa mogą być odczytywane. Zdaję sobie w pełni sprawę, że to samo zdanie wypowiedziane w dwóch różnych momentach zabrzmieć może zupełnie inaczej - stąd przychodzi potrzeba wyjaśnienia (i jest to termin jak najbardziej adekwatny) pewnych kwestii.

Jak wielu młodych Ślązaków przywiązanych do małej ojczyzny (czy - jak kto woli - Heimatu) oraz wartości raczej tradycyjnych przeżyłem zachwyt ideą autonomii Górnego Śląska. Powiem więcej: dalej tę ideę popieram i jestem z nią całym sercem, tak jak jestem ogólnie za większą samodzielnością - zwłaszcza gospodarczą - regionów. Obawiam się jednak, że termin autonomii Śląska obrósł w wiele skojarzeń, których wcale bym przy interpretowaniu moich słów sobie nie życzył. Szczególne kwestie zapalne są dwie, mianowicie o tożsamość Ślązaka oraz status ślonskiej godki (mowy śląskiej). W swojej przewrotności pozwolę sobie zacząć od końca.

Nieprzypadkowo używam tutaj terminu mowa, a nie gwara, dialekt albo język. Moim celem jest skłonienie do refleksji, a nie wybieranie strony politycznej barykady. Godka to bowiem specyficzny wybryk lingwistyczny, sytuujący się na granicy nie tylko języka polskiego czeskiego i niemieckiego, ale również dwóch wielkich rodzin języków słowiańskich i germańskich. Jednak pytanie, czy godka jest mową słowiańską i germańską, uważam za chybione, a do tego zabawne. Nawet Niemcy zamieszkujący te tereny określali bowiem na godkę terminem Wasserpolnisch, co łatwo przetłumaczyć jako rozwodniony polski. I istotnie: jeśli przyjrzymy się wielu strukturom gramatycznym obecnym w godce, to zauważymy bardzo mocną zbieżność z gramatyką właściwą staropolskiemu. Dodatkowo pierwotne słownictwo gwarowe jest staropolskie, więcej - godka przechowała wiele wyrażeń staropolskich, dziś w polskim języku  nieużywanych. Nic dziwnego - słownictwo to pochodzi z czasów, gdy Śląsk, zarówno Dolny jak i Górny, znajdował się jeszcze pod panowaniem polskim, a konkretniej: piastowskim. Tutaj przecież, w księstwach śląskich, dynastia Piastów przetrwała najdłużej i tutaj wygasła (patrz książę Jerzy Wilhelm zmarły w 1675 roku w Brzegu). Dodatkowo charakterystyczna zamiana a na o jest znamienna dla gwar południowopolskich, a to tylko jedna z cech.
Drogich Czytelników do refleksji, a nie opowiadanie się po jednej czy drugiej stronie sporu.

Nie da się jednak ukryć, że słownictwo czeskie, a później niemieckie zostało w godce bardzo mocno oswojone. Stało się to za czasów panowania Czechów, a później Austriaków i Niemców na ziemiach śląskich. Część słownictwa po prostu zamieniła się ze słowami polskimi, ale jest to, naprawdę, zdecydowana mniejszość. W sporej większości przypadków asymilacja słownika zwłaszcza niemieckiego spowodowana była prozą życia - dotyczyły rzeczy, których nie znano wcześniej i na które potrzeba było nazwy. Stąd Ślonzok jadąc w cugu (niem. der Zug - pociąg) podłoży sobie pod głowę zogówek (zagłówek - czyli poduszka).

Niestety, godka uległa zanieczyszczeniu zarówno mocną i nieumiejętną hiperpolonizacją (legendarno-karykaturalne: jo mówia zamiast jo godom), jak i usilną germanizacją (dokonywaną zwłaszcza przez wielu Ślązaków, którzy wyjechali na jakiś czas do Efu*). Dziś godka słyszana na ulicach zwłaszcza dużych miast jest mową często pokrzywioną, wręcz zwulgaryzowaną. Wielka praca czeka na śląskich lingwistów, którzy - mam nadzieję - podejmą się ocaleńczej pracy przywrócenia godce dawnego słownictwa i - tak tak! - melodyki.

Osobiście odżegnywałbym się jednak od próby unifikacji śląskiego. Odmiany godki różnią się od siebie w istocie bardzo mocno, dlatego mowa o jednej gwarze śląskiej jest po prostu śmieszna. Istnieje przynajmniej kilkanaście gwar śląskich. Muszę jednak ukłuć drugą stronę, że pomimo oczywistego znalezienia wielu zasad i prawideł wszystkim śląskim gwarom spójnych, próba uczynienia godki jednolitego języka może zabić wiele odmienności, którymi każda z osobna godka żyje.Kto tu mieszka, wie co się dzieje, gdy spotkają się trzy osoby ze Strzelec Opolskich, Piekar i Rybnika, z czego pierwsza mówi idzie na łobioud bo bydzie dyszcz, druga że idzie na łobiod, bo ino momynt bydzie dysc, a trzecia niy idzi yno patrzi. 

Naszej mowie należy się jednak ochrona ze względu na niezwykłe bogactwo, jakie sobą prezentuje, ale także z powodu tego, że jest niezwykłym skarbcem najstarszej polszczyzny, która potrafiła przyswoić ogromne garście wyrażeń z regionów lingwistycznie, zdawałoby się, całkiem obcych. Jej elastyczność i połączenie, mówiąc sloganowo, tradycji z nowoczesnością jest ewenementem na skalę europejską. Warto też zauważyć, że mieszkający tutaj Niemcy także wykształcili swoją odmianę niemczyzny, przyswajając - analogicznie - sporą liczbę słów i zwrotów słowiańskich, polskich.

Godka jest wspaniałym dziedzictwem regionu, którego historia przepełniona była ciężką pracą, a który był w stanie wytworzyć nie tylko specyficzną mowę, ale także własną ludową mitologię pełną beboków, skarbków, szarlejów, utopków, strzigów i innych duchów czy stworów rozbudzających nie tylko dziecięcą wyobraźnię. Czesław Miłosz w swojej słynnej powieści pisze, że osobliwością doliny Issy jest większa niż gdzie indziej ilość diabłów. Podobnie na Śląsku - kto wyobraża sobie ten region jako szarawe miejsce wyprane z legend i własnego odcienia metafizyki, tego serdecznie zapraszam nie tylko w podróż geograficzną, ale także literacką, odsyłając do Berek i bojek śląskich** Stanisława Ligonia.

Diabły niestety mocno interesują się Górnym Śląskiem i nieraz swoimi ogonami sporo tutaj namieszały. Odnoszę przykre wrażenie, że i ostatnio są całkiem aktywne. Spór o tożsamość śląską, z których pytanie o narodowość jest mocnym, ale jednak jednym z wielu odcieni, zaczyna wkraczać, ba, wkroczył dawno na budzące mój szczery niepokój tory.

Można mówić długo, naprawdę długo, o liście grzechów i zaniedbań, jakie wobec Śląska popełniły polskie władze w wieku XX. Zaczynając od dość charakterystycznego odwrócenia się kręgów bliskich marszałkowi Piłsudskiemu od Śląska w okresie Powstań Śląskich (przy całym moim szacunku do Marszałka, którym go darzę jako Polak, pytanie z filmu Kutza kaj jes ta Polska, ło ftoro sie pierymy było raczej trafione), przechodząc przez sanacyjne próby likwidacji przedwojennej autonomii województwa śląskiego i obcesowe traktowanie problemów naszego regionu przez kolejne władze Rzeczpospolitej po roku 1990, a docierając do niedawnych, żenujących nieraz, prób rozwiązania kwestii rentowności kopalń. Celowo pominąłem w tych rozważaniach okres II wojny światowej i komunistyczny, w moim odczuciu bowiem zostały wówczas Śląskowi i Ślązakom zadane rany najboleśniejsze.

Mozaika narodowościowa, jaką tworzyły Dolny (do XIX wieku) i Górny (do 1945 r.) Śląsk, stała się zarzewiem konfliktów dopiero w późnych latach wieku XIX. Był to, jak wiemy, okres Wiosny Ludów i rodzących się państw narodowych, które - co by nie mówić - przyniosły swym narodom dominującym rozkwit własnej kultury, a które stanęły wobec problemów wcześniej zupełnie nieznanych. Wykrystalizowanie się szczelnych tożsamości narodowych w regionach wieloetnicznych, takich jak Śląsk - zwłaszcza Górny - implicite wymogła w przyszłości podziały nie tylko terytorialne. Dość wspomnieć, że w XVIII wieku edykty króla pruskiego ukazywały się także po polsku, a elementarz szkoły pruskiej był dwujęzyczny (niemiecko-polski). Warto też dodać, że w owych wiekach Wrocław zamieszkiwała spora i prężna mniejszość polska, posiadająca nawet własne drukarnie. Niektórzy Niemcy lubią ten fakt pomijać, ale od niego nie uciekną - tak jak my od tego, że nie mieszkaliśmy sami we Lwowie.

Mimo powstań i podziału Górnego Śląska, który nastąpił na początku lat 20. XX wieku, najgorsze miało dopiero przyjść. Burza, która rozpętała się na tych terenach 1 września 1939 roku, nie grzmiała z początku zanadto. Ślązacy do zmieniających się granic byli całkiem przyzwyczajeni, choć wersalskie postanowienia poplebiscytowe nieraz rozdzieliły całe rodziny i wymogły multum przeprowadzek. Agresja dla Polaków i Powrót dla Niemców, który nastąpił pamiętnego wrześniowego poranka, tak naprawdę był wydarzeniem być może dla wielu bliskich serc traumatycznym, ale nie zaskakującym. Weźmy za przykład historię mojej rodziny, gdzie mój prapradziadek walczył w armii pruskiej pod Verdun, mój pradziadek w latach dwudziestych odbył służbę w krakowskiej artylerii, a jego młodszy kilka ładnych lat szwagier zginął jako żołnierz Wehrmachtu na froncie wschodnim. Nie on jeden zresztą. Tak, mam w rodzinie żołnierzy Wehrmachtu i nie wstydzę się tego. Odbywali bowiem służbę obowiązkową, na którą niestawienie się mogło się skończyć zsyłką do obozu nie tylko ich skromnych i wiernych prostym, uczciwym zasadom osób.

Kto bowiem rysuje postać Ślązaka jako hitlerowskiego kolaboranta, fałszuje obraz historii, jaka tutaj się wydarzyła. Owszem, Ślązacy podpisywali volkslisty - ale mieli na to pełne przyzwolenie rządu polskiego na emigracji, świadomego, czym na terenach Rzeszy niepodpisanie volkslisty mogło się skończyć. Śmiercią, oczywiście. Pamiętajmy także, że na terenie etnicznie niejednolitym świadomość przynależności do tego czy innego narodu nie objawia się u wszystkich, albo i w schematyczny sposób.  Sporo tu było przecież Niemców-nienazistów (sprawdźcie wyniki głosowania do Bundestagu z roku 1932!), ale także zdarzały się przypadki nazistów o śląskich czy polskich nazwiskach. Holocaust w swoim pełnym wymiarze objął jednak śląską mniejszość żydowską, już na początku wojny symbolicznie pogrzebaną razem z synagogą w Katowicach.
Jak mocno wojna pokreśliła śląskie życiorysy, niech zaświadczy inny przykład z mojej rodziny, mianowicie dwóch braci bliźniaków, którzy walczyli pod Monte Cassino. Z tym, że jeden bronił wzgórza razem ze spadochroniarzami niemieckimi, a drugi nacierał razem z armią Andersa (szybciej uciekł z Wehrmachtu).

Niemcy nazistowskie dla ludności cywilnej nie były tutaj okrutne, licząc na szybką i pełną asymilację. Owszem - wieszano polskich działaczy patriotycznych (jak trzech kilkunastoletnich harcerzy z Kamienia - moja ciocia jako sześcioletnia dziewczynka musiała razem z innymi dziećmi patrzeć na tę egzekucję, wykonując gest heil Hitler), ale palenie wsi, wywlekanie ludzi z chałup, masowe rozstrzeliwania - to na Śląsku było obce, gdyż Niemcy traktowali ten region jako swój. Stąd też wiele nieporozumień z innymi mieszkańcami Polski.Górny Śląsk jest, sumując także wiele zaszłości, jedynym regionem Polski, który nie przeżył czasów Rzeczpospolitej szlacheckiej i rozbiorów, a w którym ludność pozostała względnie rdzenna. Nasza mentalność jest nieco inna, podejście do Niemców, którzy kilkaset lat byli naszymi sąsiadami, a nieraz członkami rodzin - również.

Diabły najweselej tańczyły na Śląsku jednak w roku 1945. Wtedy to wkroczyła na te tereny Armia Czerwona. Dowódców Frontu Ukraińskiego nie interesowała narodowość i poglądy tutejszych. Wiedząc, że przekraczają właśnie granicę przedwojennej Polski, dali pełne przyzwolenie na grabież, gwałty i mordy. Miasta Górnego Śląska stawały się jednymi wielkimi łunami ognia, strzały z karabinów krzyk gwałconych kobiet - krzyk niemiecki, śląski, polski - wypełniał noce. Mało kto w Polsce ma świadomość Tragedii Górnośląskiej, czyli przymusowych wywózek mężczyzn z Górnego Śląska do kopalń Donbasu i Archipelagu Gułag, kompletnej destrukcji i erozji, jaką przyniósł tu Front Ukraiński. Mało kto wie o obozie koncentracyjnym w Świętochłowicach-Zgodzie, którym dowodził oficer Ludowego Wojska Polskiego Salomon Morel, a w którym ginęli Niemcy tylko za to, że byli Niemcami, Ślązacy tylko za to, że byli Ślązakami, a także działacze polskiego podziemia. Mało się o tym mówi w Polsce - a trzeba, jest to bowiem tragedia spowodowana przez bolszewików, a pod którą nieraz niektórzy próbują podpiąć Polaków jako takich. Nic dziwnego, skoro dwadzieścia siedem lat po przemianach z 1989 r. temat nigdy nie wybrzmiał głośniej na arenie ogólnopolskiej, zakopywany z niezrozumiałym wstydem pod ziemię.

Kiedy wojna przeminęła i niemal cały Śląsk znalazł się w granicach PRL, przyszła pora na deportacje pozostałych tutaj Niemców (czego nie uważam za polską winę, bo było to ustalone na konferencjach Wielkiej Trójki, a dokonywane przez de facto przez kolaborujące i podległe ZSRR władze, ale co trzeba jednoznacznie napiętnować) i tępe prześladowanie śląskości jako takiej. Zakazane było używanie godki, absurdalnie uważanej za spuściznę poniemiecką, rodziny, których ojcowie służyli (obowiązkowo zazwyczaj!) w Wehrmachcie albo pracowali po stronie niemieckiej, pozostały bez środków do życia. Dodatkowym upokorzeniem było ściąganie do śląskich zakładów na stanowiska kierownicze lojalnych z Zagłębia (dużo by mówić tutaj o zaszłościach z tym regionem, nie na tym chcę się skupić). Ślązacy na własnej ziemi kierowani byli przez ludzi zupełnie obcych, nieraz mszczących się za przedwojenne kompleksy. Funkcjonowało nawet powiedzenie co kierownik, to z Bobrownik***. Tożsamość Ślązaka próbowano wykrzywić na modłę komunistyczno-hiperpolską. Burzono domniemane poniemieckie pamiątki, zazwyczaj zabytki architektury (wysadzono tak sporą liczbę zamków piastowskich). Ba, nawet warszawskie Łazienki odbudowano z cegieł po rozebranych raciborskich kamienicach.

Śląsk był eksploatowany nierozumnie i rabunkowo, walczono dodatkowo z silną tutaj wiarą katolicką. To, co pozostało po komunie, to zaniedbane, nieraz piękne miasta i potężne szkody górnicze. Jeszcze jedna próba skarłowacenia i pogięcia naszej tożsamości zakończyła się, na szczęście, niepełnym powodzeniem.

Rany zadane przez ostatnie sto lat są bardzo głębokie i goić się będą długo. Nie dziwi mnie, że w wielu sercach wzbiera wściekłość, gdy widzą swój heimat pobity przez historię wielokrotnie. Nie mogę jednak zgodzić się na jeden stosowany ostatnio zabieg - na antagonizowanie śląskości i polskości. 

To prawda, że wiele rzeczy w naszej tożsamości musimy odtworzyć, niektóre także stworzyć na nowo. To także prawda, że wiele elementów tej układanki nie będzie wyglądać tak, jak w innych częściach Polski. Mamy swoją lokalną, specyficzną i pełną wkładu niejednego narodu kulturę, tradycję, zwyczaje. Należy nam się dla niej szacunek, tak, jak innym regionom należy się szacunek dla ich osobliwości. Robienie ze Ślązaka brudnego chłopa żrącego wongiel jest zabiegiem tak infantylnym, że aż ośmieszającym dokonującego go. Rozstrzyganie o problemach Śląska z perspektywy Warszawy czy Krakowa też jest niewłaściwe i bezpodstawne - zwłaszcza, że zazwyczaj dokonują tego ludzie nijak w Śląsku niezanurzeni.

Z drugiej strony mój głęboki sprzeciw budzi hasło Ślonsk abo Polska, które stawia te dwie płaszczyzny kulturowe i tożsamościowe jako sobie obce, wręcz wrogie. Tożsamość Ślązaka to istny węzeł gordyjski, ale nie oznacza to, że śląskość i polskość są wobec siebie w opozycji. Powtórzę słowa sprzed trzech lat: jestem Polakiem, ale też Ślązakiem. I na odwrót: jestem Ślązakiem, ale też Polakiem. Te dwa odcienie tożsamości nie tylko w mojej duszy splatają się w nierozerwalną jedność, nie tylko dlatego, że jestem krojcokiem****, wiem bowiem, że podobne odczucie rodzi się w wielu ludziach pochodzenia czysto śląskiego (a takich coraz mniej).
Jeszcze większe moje zażenowanie budzi hasło: Gorole raus. Gorole precz. Dokąd i kogo deportować? Może moją mamę, która od ponad ćwierć wieku leczy tutaj ludzi, którzy dla niej są po pierwsze ludźmi pacjentami, a dopiero później Polakami, Ślązakami i tak dalej? Innych ludzi od pokolenia, dwóch, trzech w Śląsk wrosłych?

Z drugiej strony próba wypolszczenia tożsamości śląskiej jest równie zastanawiająca. Nie możemy wyprzeć się godnych pamiątek po innych narodach. Musimy wręcz o nie starannie dbać - to nasz obowiązek jako ludzi wychowanych w dziedzictwie judeochrześcijańskim, Europejczyków. Nie wykreślimy, kategorycznie nie wolno nam wykreślić z annałów pamięci naszego skomplikowanego dziedzictwa. Nigdy nie będziemy czystymi jak łza Polakami owiniętymi bez reszty biało-czerwoną wstęgą - ale to nie oznacza, że nie możemy być gorącymi polskimi patriotami, że nie możemy pielęgnować i dbać z właściwą czułością o dziedzictwo polskie. Historia dostarcza przykładów dokładnie przeciwnych.

Swoją tożsamość musimy budować przede wszystkim my, Ślązacy. Ale nie mamy tego robić obok Polaków czy nawet przeciw Polakom. Mamy tego dokonywać przy Polakach, a nawet z Polakami. Proszę gorąco obie strony sporu: nie stawiajcie nam alternatyw. Nie dzielcie nam dusz! Dusz zarówno śląskich, jak i polskich! Nie próbujcie tworzyć swoich wymarzonych homo silesianus czy homo polonicus tam, gdzie czas i historia stworzyły i zburzyły już wystarczająco dużo, wypalając nam w sercach pieczęcie jak rozpalonym żelazem. Tak samo obracanie śląskości przeciw Niemcom czy Czechom jest żenującą manipulacją, któż bowiem zabroni im wplatać śląskość w duszę? Ich dzieło tutaj jest niezaprzeczalne, a wypełnimy swoje narodowe i lokalne zobowiązania tylko, jeśli je twórczo wykorzystamy.

Śląsk, o którym marzę, jest świadom tego od jakich ludzi przychodzi, jest krainą moralną, gościńcem na europejskim rozdrożu. Na moim Śląsku brzmią dobrze i strofy Mickiewicza, i Eichendorffa, wielkiego, porównywanego z Goethem niemieckiego poety z Raciborza (który zresztą biegle mówił po polsku). Chciałbym tu móc wreszcie stanąć i bez niepokojów spojrzeć na Wschód i Zachód, na Północ i Południe wiedząc że, tutaj wszystkie kierunki świata są mi bliskie.

Tak, Śląsk to wspaniała scheda, która dość już zniosła krwi, łez, podziałów. Dziś musimy spokojnie i śmiało podnieść nasze głowy, nie przeciw komuś - ale z pożytkiem dla nas wszystkich.

Każdemu, kto będzie próbował kategoryzować mnie i innych, odrzucając śląską czy polską część mojej duszy, odpowiem to samo: że jest głupcem.

Kto próbuje przeciąć węzeł śląski, nieraz poskręcany i poplątany, bez próby prześledzenia jego wiązania. może zburzyć niejedną misterną konstrukcję. Nie róbmy tego. Nie dzielmy dusz, powtarzam. I będę powtarzać z uporem.


*To też jest ciekawy termin. Oznacza NRF, czyli Niemiecką Republikę Federalną, w odróżnieniu od komunistycznej NRD. 
**Stanisław Ligoń, Bery i bojki śląskie. Wydania dostępne za przysłowiowe grosze, serdecznie polecam.
***Bobrowniki, Będzińskie w tym wypadku, leżą tuż za rzeką Brynicą, będącą wschodnią granicą Górnego Śląska.
****Pół-Ślązak, osoba z rodzica ze Śląska i rodzica spoza Śląska.

niedziela, 20 grudnia 2015

Gwiezdne Wojny, czyli potrzeba mitu

Chewie, we're home.

Może nie czekaliście na kolejny artykuł tak mocno, jak na premierę VII części Gwiezdnych Wojen, ale przynaglany przez własne sumienie postanowiłem dać odpór swojemu lenistwu i napisać coś konstruktywnego. Przebudzenia Mocy jeszcze nie widziałem, ale widziałem dwie poprzednie trylogie (których - a jakże - również jestem zagorzałym fanem), więc myślę, że podstawy mojej wiedzy w zakresie wydarzeń, które miały miejsce dawno, dawno temu w odległej galaktyce są względnie kompletne. Nie spodziewajcie się pełnej chronologii wątków.

Fenomen Star Wars jest często, moim zdaniem, odczytywany dość powierzchownie. Kiedy znawcy od tego czy owego wypowiadają się na ten temat, jako przyczyny masowego zainteresowania słynną sagą George'a Lucasa wymieniają głównie porywającą fabułę, wyjątkowo obszerne universum, w którym toczy się akcja, porywające efekty specjalne i bardzo sprawnie skonstruowane postacie bohaterów. Możemy jednak stwierdzić dość pewnie, że w dzisiejszych czasach podobnych światów fantastycznych - czy to z gatunku science fiction, czy z gatunku magii i miecza (z których to obu rodzajów Gwiezdne Wojny czerpią obficie) jest multum, a i przed premierą Nowej nadziei było ich całkiem niemało. Co więc sprawiło, że to właśnie opowieść o wielkim konflikcie w odległej galaktyce przyciąga rzesze do kin, a gadżety z nim związane wyprzedawane są często do cna? Spróbujmy odpowiedzieć sobie na to pytanie nie ślizgając się jedynie po powierzchni problematyki.

Trzy pierwsze epizody: Mroczne widmo, Atak klonów i Zemsta Sithów osadzone są wokół dorastania oraz wewnętrznej (a później także zewnętrznej) przemiany Anakina Skywalkera w Dartha Vadera. Mały, zdolny niewolnik odnaleziony na piaszczystej planecie Tatooine przez Qui-Gon Jinna i jego padawana Obi-Wana Kenobiego okazuje się posiadaczem niezwykłych zdolności, przede wszystkim - predyspozycjami do władania Mocą. Przy okazji spotyka młodą królową planety Naboo, z której musiała uciekać przed inwazją Federacji Handlowej - Padme Amidalę, w której z wzajemnością się zakochuje. Co dalej - wiemy. Anakin zostaje uczniem Obi-Wana i rycerzem zakonu Jedi, żeni się z Padme, bierze udział w Wojnie Klonów, podczas której coraz mocniej przekonywany jest do ciemnej strony Mocy przez głównego prowodyra całego zamieszania - senatora Palpatine'a, w rzeczywistości Mrocznego Lorda Sithów, Dartha Sidiousa.

Chciałbym zwrócić uwagę na jego podobieństwo Anakina do wielu postaci literackich, jak chociażby Makbeta. Obaj przecież dążą do wielkości, obaj stają się pod wpływem bliskich osób poddanymi własnej pychy. Bowiem czy Anakin nie zostałby prędzej czy później najpotężniejszym rycerzem w galaktyce, gdyby za namową Palpatine'a nie przeszedł na ciemną stronę Mocy? Bardzo możliwe, że zostałby. Podobnie Makbet - czy nie zostałby królem Szkocji, gdyby za namową swojej żony nie zabił Duncana? Pewnie zostałby. Obu łączy jedno - poddali się złu, nie potrafiąc czekać, nie objawiając pokory. 

Zresztą, bardzo ważnym motywem jest tutaj miłość Padme i Anakina. Bo także - a może przede wszystkim z powodu Padme Anakin decyduje się na przystanie do ciemnej strony. Daje bowiem wiarę przepowiedni Palpatine'a podpartej własnym snem, mówiącym o śmierci jego żony (poślubionej zresztą wbrew zakazowi takich związków nałożonych na rycerzy Jedi) w połogu. Palpatine tak de facto nic nie przepowiedział; nadał jedynie moc sprawczą swoim oczekiwaniom. Jako potężny użytkownik Mocy miał bowiem świadomość, jak wielką siłą może być miłość, która łączy dwoje ludzi, jak wiele można złego uczynić, nadając tej miłości patologiczny, karykaturalny charakter. Miał - myślę - pełną świadomość, co tak naprawdę zabije Padme: odwrócenie się Anakina od jasnej strony, wyrzczenie się przez niego tego wszystkiego, co w nim pokochała.

Zanim jednak to nastąpi, Skywalkera czeka jeszcze pojedynek z własnym mistrzem - Obi-Wanem. Pojedynek zresztą postaci dość podobnych do siebie: Obi-Wan również nie należał za młodu do osób cierpliwych i pokornych. Z początku miał dość dużo pogardy do Skywalkera - gdy Qui-Gonn Jin zdecydował o zabraniu go z Tatooine, zarzucił swemu mentorowi ratowanie kolejnej żałosnej formy życia. Później, choć jak sam twierdził, kochał Anakina jak syna, był dla niego ojcem surowym. Znał jednak możliwości Anakina; został nawet kilkukrotnie przez niego uratowany - jak chociażby podczas walki z hrabią Dooku.

Ten pojedynek mistrza, który wierzył, że uczeń go nie przerośnie z uczniem, który wierzył, że przerósł mistrza, zakończy się trwałą utratą nóg i pozostałej ręki Skywalkera i niemal śmiertelnym poparzeniem w lawie. Ta walka była dla Obi-Wana osobistą porażką, ciosem we własne, równie silne ambicje. Kenobi w oszalałym dla zła Skywalkerze ujrzał zaprzepaszczenie wszystkiego, co przysiągł dokonać. Zostawił dawnego padawana na - jak mu się wydawało - pewną śmierć. Zresztą, sam wątek tej relacji mentor-uczeń jest dość archetypiczny, ukierunkowany na zderzenie dążeń obu stron, często - jak i w tym wypadku - sprzecznych.

Skywalker-Darth Vader jednak przeżył, choć do podtrzymywania go przy życiu potrzebny był znany nam wszystkim czarny hełm i zbroja. To było więzienie. I Darth Vader o tym wiedział. Wraz z założeniem na siebie wkomponowanych protez, respiratorów i mierników ostatecznie zamknął się na długie lata w samotności, cierpieniu fizycznym i żalu po straconej żonie. Zbroja stała się ucieleśnieniem jego lęków i trwóg.  Z tego świata wyzwolić miał go dopiero jego syn.

Tutaj bowiem ma miejsce preludium do nowej trylogii: Amidala zostawia po sobie dwoje dzieci, Luke'a i Leię, którzy przekazani zostają w opiekę osób zaufanych dla rycerzy Jedi i ludzi Starej Republiki. Wkoło bowiem zakon ginął (na mocy rozkazu 66), a Palpatine realizował swoje plany: z Senatora stał się Kanclerzem, a chwilę później Imperatorem.

Luke, jako niemal dorosły już człowiek, żyjący w pełnej nieświadomości na rzeczonej już Tatooine, pewnego dnia spotyka starego już, żyjącego w pełnym ukryciu Obi-Wana, który zaczyna szkolić go w Mocy. Samą Moc ciężko zdefiniować: jest podstawową siłą przenikającą wszystko i dającą potężne możliwości jej użytkownikom. Odżegnywałbym się jednak od nadawania jej aspektów boskich: jej użycie jest raczej zależne od woli użytkowników, i to jedynie ich decyzją jest, po której jej stronie staną. Choć sama posiada swoją naturę, nie posiada jednak aspektu osobowego. Jest w tym być może rys panteistyczny, ale nie przeceniałbym go. Jest to raczej przydanie dobru i złu pewnych cech sprawiających, że nie możemy o nich w całej sadze zapomnieć. I bardzo dobrze.

Tak więc Luke, wraz z Obi-Wanem, księżniczką Leią i awanturnikami: Hanem Solo i Chewbaccą stają po stronie Rebelii przeciwko Imperium. Zniszczenie potężnego statku Imperium - Gwiazdy Śmierci podczas bitwy o planetę Yavin okupione jest jednak dokończonym, przegranym przez Obi-Wana pojedynkiem z Darthem Vaderem. Ciężar walki z najwierniejszym i najpotężniejszym sługą Palpatine'a spada na Luke'a.

W tej walce Luke, dowiedziawszy się od Vadera, że jest jego ojcem, posiada jedną przewagę, której nie mogli nauczyć go Obi-Wan ani Yoda (który zresztą staje się jego drugim mentorem i uczy go opanowania). Tą przewagą jest ta sama wiara w powrót Dartha Vadera na jasną stronę, którą miała przy śmierci jego matka. Imperium Kontratakuje i Powrót Jedi to przecież także opowieść o odzyskiwaniu utraconego ojca. To zresztą, moim zdaniem, akcentuje także chrześcijański aspekt przesłania Gwiezdnych Wojen - uwierzyć w człowieka, w którego już nikt nie wierzy, polegając jedynie na miłości. I to właśnie ta miłość zwycięża podczas kolejnego pojedynku Luke'a z ojcem w bitwie o planetę Endor. Darth Vader rusza w końcu na ratunek synowi rażonemu piorunami przez Palpatine'a i zabija go. Pioruny uszkadzają jednak zbroję; Vader umiera, ale przed śmiercią ogląda syna własnymi oczyma. Scena zdjęcia hełmu jest zresztą bardzo symboliczna. To pogodzenie się ze światem i własną przeszłością, powrót do samego siebie, zwycięstwo nad własnymi obawami i słabościami.

Opis fabuły dokonany przeze mnie jest bardzo powierzchowny, ale nie o szczegółowość tu chodzi. Co jest bowiem wielką siłą Gwiezdnych Wojen? Myślę, że saga posiada dwa bardzo kompatybilne atuty.

Po pierwsze, jest wielką opowieścią o prawdziwej miłości - nie lukrowaną historią z harlequinów, nie wesołą historyjką z zabarwieniem erotycznym, ale - paradoksalnie, bardzo życiową historią o uczuciu, które pokonuje wszystkie napotkane przeszkody (jak wskazane przeze mnie przekonanie Luke'a w przemianę ojca), które nieraz okoliczności zewnętrzne i wewnętrzne kaleczą (symbolicznie - obaj Skywalkerowie stracili za młodu rękę), o egoizmie, który to uczucie wykrzywia i zabija (jak wtedy, gdy Anakin próbuje ratować Padme po swojemu), wreszcie o rzeczywistej nagrodzie za cierpliwość i wytrwałość.

Po drugie, Star Wars skupiają jak w soczewce wiele archetypów i wątków, które przewijają się przez wszystkie kultury i epoki świata. Jest tutaj bowiem wielka przygoda, spory epizod awanturniczy (Han Solo i Chewbacca), opowieść o dzielnych rycerzach walczących w imię dobra i porządku, wspomniane wątki, nazwijmy umownie, miłosne, intrygi zmierzające do przejęcia władzy, ludzie znikąd okazujący się Wybrańcami, wreszcie - jest to wielka saga opowiadająca o ostatecznym tryumfie dobra nad złem, odniesionym przez ludzi wiernych temu, czemu zaufali, pomimo wszelkich przeciwieństw.

Każda epoka miała swoje mity. Mity są potrzebne - objaśniają nam świat i przekazują metaforycznie podstawowe prawdy w sposób prosty i zrozumiały. Gwiezdne Wojny to epos pełen przypowieści i legend na miarę naszych czasów. Kiedyś rycerze z legend jeździli konno, w sadze Lucasa śmigają między planetami w myśliwcach. Kiedyś walczyli na miecze żelazne - tu walczą na miecze świetlne. Kiedyś awanturnik starał się o rękę pięknej damy - tu o księżniczkę stara się międzygwiezdny przemytnik. Ale przekaz jest ten sam. Tylko otoczka jest nieco inna, bardziej nam, ludziom ponowoczesnym, pragnącym wrażeń, odpowiadająca.

Warto, warto iść na Gwiezdne Wojny, bo oprócz świetnej zabawy można z nich wyciągnąć absolutnie ważne lekcje na temat życia i świata. Tak naprawdę bardzo bliskie jest nam to wszystko, co zdarzyło się dawno, dawno temu, w odległej galaktyce. 

niedziela, 18 października 2015

Ja, człowiek nieobiektywny

Pofilozofujmy trochę. 

Często słyszę, że jestem nieobiektywny. Że moje wpisy na Zapiskach są przesycone własnym poglądem na świat. Przychylam się do tych zdań. Problem jest jeden - nie traktuję ich jako zarzut.
Czym bowiem jest tak naprawdę obiektywizm oraz subiektywizm? Żeby to objaśnić, sięgnę do źródła encyklopedycznego. Zaskoczę niektórych, ale nie będzie to Wikipedia, tylko Słownik wyrazów obcych PWN pod redakcją profesora Jana Tokarskiego.

A więc przytoczmy sobie definicje.

Obiektywizm <śrdw.-łac obiectivus = odnoszący się do przedmiotu> 1. bezstronność, postawa badawcza wolna od uprzedzeń. 2. filoz. stanowisko ontologiczne lub teoriopoznawcze, zgodnie z którym przedmiot poznania istnieje poza podmiotem poznającym i niezależnie od niego może być przezeń poznawany w sposób adekwatny; realizm epistemologiczny (przeciwieństwo subiektywizmu).

Subiektywizm <łac. subiectivus = podmiotowy> 1. kierowanie się w działaniu oraz ocenie faktów i zjawisk wyłącznie osobistymi względami, upodobaniami i uprzedzeniami; stronniczość. 2. filoz. stanowisko teoriopoznawcze przeciwne obiektywizmowi, wg którego przedmiot poznania nie istnieje obiektywnie, lecz jedynie subiektywnie, tj. w zależności od indywidualnych sposobów i warunków postrzegania właściwych danemu podmiotowi, uzależniające poznanie od struktury i właściwości umysłu ludzkiego. 

Może nie do końca skupimy się na czystej filozofii, ta ma bowiem dość skomplikowane korzenie - nie czas, by je teraz rozwikłać. Ale już w pierwszych zdaniach obu definicji widzimy, jaki rysuje się problem i dlaczego oskarżenie, które jest rzucane pod adresem wielu osób piszących (z moim skromnym udziałem) nie jest tak naprawdę oskarżeniem, ale stwierdzeniem faktu.

W epistemologii, czyli teorii poznania wyróżniamy podmiot, czyli ja poznające oraz przedmiot poznania. Przez poznanie rozumiemy tutaj zwykłe poznawanie świata, stykanie się z nim i wysnuwanie wniosków o nim. Idąc z duchem przedstawionych wcześniej definicji, wnioskujemy: obiektywizm zakłada skupienie się na przedmiocie w sposób adekwatny - czyli, że świat poznajemy taki, jaki jest naprawdę, przedstawiamy go sobie w świetle absolutnie prawdziwym, wolnym od wszelkich uprzedzeń, emocji, osobistych względów. 

Wszystko to brzmi pięknie. A równocześnie jest to niemożliwe do zrealizowania z niezliczonej liczby powodów. Zacznijmy od tego, że nasza relacja ze światem nie opiera się na absolutnie bezstronnym rozumie. W naszym życiu przejawiamy nie tylko cechy racjonalne (rozumowe) - czyli chłodne sądy oparte na danej wiedzy, ale także irracjonalne (nierozumowe) - jak emocje czy upodobania. Jesteśmy ludźmi i jako tacy lubimy to, nie lubimy tamtego, to nam się podoba, a do tego żywimy odrazę.

Kolejna sprawa, że żeby osądzić dany przedmiot rzeczywiście taki, jaki jest, musielibyśmy o nim mieć pełną wiedzę. A takiej nie mamy zazwyczaj o prostych rzeczach, nie mówiąc już o bardziej skomplikowanych! Istnieją przecież także fakty, które ludzkości do tej pory w ogóle nie są znane.
Nasze poznanie ma także pewne granice. Nie jesteśmy przyjąć dowolnej dawki wiedzy, posiadamy różną - a wszyscy przecież ograniczoną - zdolność rozumienia pewnych faktów i związków między nimi.

Dodatkowo wiele sądów, które wydajemy, jest uzależniona tylko od tego, co odczuwa sądzący - dla jednej osoby dana figura geometryczna będzie dużych rozmiarów, dla innego małych. Te sądy mogą się pokrywać - ale nie zawsze tak jest. Opieramy te sądy także na doświadczeniu, jakie posiadamy w ogóle i w danej materii, którą badamy albo o której coś sądzimy. doświadczenia - jak wiemy - każdy ma inne.

Jak istotne są to aspekty, weźmy na przykładzie artysty wykonującego koncert gitarowy. Słyszymy, że artysta sobie nie radzi, myli chwyty, gubi rytm - wydajemy więc sąd, że grał źle. Pod koniec koncertu artysta wstaje i przeprasza za swoją formę, ale przechodzi on obecnie poważną chorobę, która prawie nie pozwala mu grać. Zmieniamy nasz sąd i uważamy, że jak na swój stan poradził on sobie całkiem dobrze.

Inny banalny przykład. Ktoś zamierza kupić konkretne tapety na ściany. Osoba A powie, że znakomity wybór, ma takie same i świetnie wyglądają w mieszkaniu. Osoba B natomiast stwierdzi, że nie jest to dobry pomysł, ponieważ również posiadał takie tapety, ale sprawiały potężne problemy przy kładzeniu ich - darły się, marszczyły, odklejały. I kto ma rację?

Z tych kilku przyczyn widzimy, że czysty obiektywizm jest jedynie postulatem.Nie jesteśmy go w stanie - jako ułomni ludzie - osiągnąć. Nawet dobór słów przy próbie obiektywnego wytłumaczenia czegoś może świadczyć o naszym stosunku do tej sprawy i wpłynie na stosunek do niej osoby, której to tłumaczymy. Jesteśmy skazani na wiele czynników subiektywnych, na odnoszenie w wielu wypadkach świata do siebie. Oczywiście nie oznacza to, że encyklopedie mają zawierać prywatne przemyślenia ich autorów, albo że mamy odrzucać zdrowy rozsądek. Ale jesteśmy tylko ludźmi i nasze sądy nigdy całkowicie bezstronne nie będą.

Z tych przyczyn nie uważam, żebym miał się przejmować zarzutami o nieobiektywność. Osoby mi ją zarzucające również są przecież nieobiektywne. A inna rzecz, że Zapiski Barbarzyńcy to pole do moich prywatnych przemyśleń, które wyrażam - wydaje mi się - dość kulturalnie (choć czasem w cięty sposób), i pod którymi (w przeciwieństwie do wielu internetowych kozaków) podpisuję się swoim imieniem i nazwiskiem, nie uciekając od odpowiedzialności za nie.

Nie uważam więc, abym musiał stresować się czyimś widzimisię w kwestii tego, co i jak powinienem pisać. Nikogo przecież siłą tu nie zatrzymuję.

środa, 7 października 2015

Tadeusz Różewicz - Ocalony czy Ocalający?

Artykuł ten napisałem po śmierci Tadeusza Różewicza dla portalu PrawoMocni.org

Ludzie nie są wieczni, nawet ci, którzy wiecznymi się wydają. Wiecznym wydawał się wielu Tadeusz Różewicz. Parę tygodni temu ta fatamorgana rozmyła się jednak. „Skończyła się jakaś epoka”- stwierdził Tomasz Jastrun. I trudno się z nim nie zgodzić. Wiek XX obfitował nam w wielkich poetów, jak Herbert czy Miłosz, Szymborska, a teraz umiera Czwarty. Więc wielki rozdział się zamyka.

Z poezją Różewicza zetknąłem się w szkole średniej i wtedy mnie jeszcze nie zachwyciła. Pamiętam (w końcu było to dość niedawno) czytanie na lekcjach Ocalonego czy Warkoczyk, wiersze traktujące o zagładzie totalnej, napisane tuż po II Wojnie Światowej. Przedstawiano nam je wówczas jako świadectwo totalnej beznadziei, klęski człowieczeństwa wobec totalitaryzmu i Holocaustu. Była to jednak perspektywa myląca.

Skupmy się zatem na sytuacji wyjściowej młodego wówczas poety. Tadeusz Różewicz w wyniku przeżyć okresu okupacji traci wiarę chrześcijańską, jakikolwiek optymizm, poezja tamtego okresu jest świadectwem zagubienia absolutnego. Odczuwa co najmniej, jak delikatnie wyraża to tytułem swojego pierwszego tomiku z roku 1947: Niepokój. Niepokój przed jutrem, skoro wczoraj przyniosło takie – nie bójmy się tego słowa – zezwierzęcenie.

Tutaj jednak rozpoczyna się wielka praca, której całkiem spora część krytyków literackich nie dostrzega (a może nie chce dostrzec?). Różewicz bowiem zdaje się siadać nad ruiną cywilizacji i pytać: co dalej? Pisze przecież:

Szukam nauczyciela i mistrza
Niech przywróci mi wzrok słuch i mowę
Niech jeszcze raz nazwie rzeczy i pojęcia
Niech oddzieli światło od ciemności.

Czy takie słowa wyszłyby spod ręki człowieka, który porzucił wszelką nadzieję? Nie. Słowa te w dodatku korespondują z opisem przeżyć wojennych. To głos rozpaczy, ale nie rozpaczy bezdennej. Poeta wie, że musi być coś poza furgonami porąbanych ludzi, pyta o sens swoich czasów. O sens, który być musi.

Potem zaczyna się wielka podróż, w którą idziemy pod rękę z Różewiczem. Podróż znaczy się prostymi wersami, jasnymi metaforami, oszczędnością słów. Budowa wiersza różewiczowskiego zrewolucjonizuje polską poezję. Utwory staną się krótsze, zdecydowanie mało kwieciste. Pojawią się kolejne pokolenia liryków bawiących się słowem, językiem, strukturą. Różewicz jednak konsekwentnie zostaje przy prostej formie, jaką obrał na początku, jakby spoglądając na poczynania większości młodszych kolegów kręcił głową i mówił: Nie, to nie to.

Poeta rozumie bowiem, że wielka budowla, jakiej poezja jest tylko częścią – a mówimy tu o potężnym, lecz kruchym monumencie, jakim jest człowieczeństwo – musi posiadać mocne fundamenty. Fundamenty są proste, mocne, solidne, nikt ich przecież nie zdobi. I taka też jest twórczość Tadeusza Różewicza. Nie czerpie on z renesansu i baroku, jak czerpał Miłosz, nie czerpie nawet z antyku, jak czerpał Herbert. Obaj oni obrali przecież dobrą ścieżkę, ale to Różewicz posunął się najdalej, mówi do nas z wyrazistością i ostrością malowideł z Lascaux. Nakreśla obraz prosty, zrozumiały, niemalże schematyczny. Tłumaczenie jego poezji na inne języki nie sprawia specjalnych problemów, treść wierszy nie obrasta w setki gwiazdek i przypisów. Wie, że to zapewni najtrwalsze piękno i że tylko taka twórczość jest w stanie przetrwać wieki. Że tylko na takiej podstawie można budować prawdziwe człowieczeństwo i prawdziwą sztukę.

W podróży pojawiają się kolejne jasne akcenty. Iskierki dobra zaczynają migać w ciemnej dolinie współczesności. Ten sam Różewicz, który pisał o zniszczeniach wojennych, pisze o przeprowadzaniu staruszki przez ulicę z taką samą stanowczością, równocześnie niemal triumfalnie:

Rozstępują się
Straszliwe ciemności
Nagromadzone nad światem
Przez złych ludzi
Kiedy w sercu
Małego chłopca
Świeci iskierka
Miłości

Ten sam Różewicz zaczyna zbierać jagody w lesie (Jak dobrze). Poeta więc,  z całą mocą i konsekwencją, pomimo wskazywania ułomności naszej ludzkiej natury idzie z ciemności do światła. W kolejnych tomach jest coraz jaśniej. Nigdy zbyt jasno, ale jednak jaśniej.

Ta wielka podróż kończy się 24 kwietnia 2014 roku. Prochy wielkiego artysty spoczęły na cmentarzu przy kościele Wang w Karpaczu po ekumenicznym, katolicko-ewangelickim nabożeństwie, o które sam Różewicz poprosił w testamencie. Jak napisał: Może przyczyni się to do dobrego współżycia tych dwóch – rozdzielonych wyznań i zbliży do siebie kultury i narody, które żyły i żyją na tych samych ziemiach. Może spełni się marzenie poety, który przepowiadał, że „Wszyscy ludzie będą braćmi”. Amen.

Zamyka się wielki krąg. Nabożeństwo jest proste, kościół Wang- prosty i piękny, pochówek jest prosty. Różewicz piszący w roku 1947, że pojęcia są tylko wyrazami, swoim pochówkiem pragnie przyczynić się do pojednania ludzi. Powraca więc, można by rzec, do ideałów czysto chrześcijańskich. Jak dziecko pragnie chwycić ludzi za ręce i przyprowadzić do siebie. Odnajduje się. Zwycięża.

Kiedy umiera poeta, przytacza się zazwyczaj słowa Horacego: Non omnis moriar. Ale Tadeusz Różewicz nie umrze wcale. Wierzę, że będzie żył- i tam, po drugiej stronie, i w naszych sercach, zapamiętany jako ten, który pomimo potężnych nawałnic dziejowych zdobył się na diogenejski heroizm szukania człowieka.

Jak dobrze Jestem z tobą
Tak mi serce bije
Myślałem człowiek
nie ma serca.

sobota, 3 października 2015

Dżuma, czyli przydomek zła

Są książki, które trzeba czytać uważnie. Są takie, o których słyszymy co chwila, bo są często cytowane. Są takie, które czytamy z przymusu, bo są nam zadane w szkole, ledwo ślizgając  się po powierzchni głębi, którą oferują i dopiero za drugim podejściem, na spokojnie, uzmysławiamy sobie wielką lekcję, jaka się kryje na kartach lektury. Do takich książek należy Dżuma Alberta Camus.

Ta książka mnie czymś nęciła. Po przerobieniu jej w szkole odczuwałem jakiś niedosyt. W zeszłym roku akademickim zabrałem się za nią ponownie. Wgryzałem się w nią podczas okienek między zajęciami i podczas jazdy autobusem. Z każdym rozdziałem odkrywałem uniwersalność tej powieści, wskazanej już zresztą na początku otwierającym cytatem z Daniela Defoe: Jest rzeczą równie rozsądną ukazać jakiś rodzaj uwięzienia przez inny, jak ukazać coś, co istnieje rzeczywiście, przez coś innego, co nie istnieje. 

Jest to bowiem coś więcej, niż kronika epidemii, która miała wydarzyć się w Oranie gdzieś w latach czterdziestych (rok podany w książce ma zastąpioną ostatnią cyfrę kropką). To książka z przesłaniem potężniejszym ponad opis - francuskiego wówczas - miasta na północnoafrykańskim wybrzeżu przygniecionego klęską nieuleczalnej choroby, przyniesionej przez nagły wylęg szczurów na ulice. Miejsce to zresztą, jak twierdzi autor (a możemy mu wierzyć, bo z tamtych stron pochodził) bez gołębi, drzew i ogrodów (...) miejsce nijakie, jeżeli już wyznać całą prawdę. Ot, nieciekawe miasto portowe, które jakichś ciekawszych barw nabiera tylko o wschodzie i zachodzie słońca. A jednak to właśnie tu dzieją się rzeczy, które nie pozwalają przejść obok siebie obojętnie.

Dżuma spada na miasto nagle. Zaczyna zabijać z coraz większym impetem. Pomimo wcześniejszych nacisków ze strony kilku światlejszych lekarzy, władze miejskie uginają się dopiero pod presją raportów o alarmującej liczbie zgonów i poleceniem z góry: Ogłoście stan dżumy. Zamknijcie miasto. Wcześniej jednak uparcie powtarzają, że nie można siać paniki, choć trupy zaczynają padać w tempie coraz bardziej zatrważającym. Nie można straszyć ludzi, bo co powiedzą? - czy to nie jest znany obrazek?

Wszechobecna choroba wyzwala najróżniejsze postawy. Mamy więc Raymonda Ramberta, dziennikarza z Paryża, który usiłuje za wszelką cenę wydostać się z miasta i wrócić do Paryża, do kobiety. Mamy Cottarda, rzezimieszka, który uratowany z próby samobójczej zaczyna korzystać z sytuacji, że nikt go nie szuka, a w momencie triumfu mieszkańców nad epidemią zaczyna strzelać do niewinnych ludzi. Mamy Josepha Granda, pomniejszego urzędnika, który marzy o napisaniu powieści i cały czas pracuje nad pierwszym zdaniem, a podczas zarazy ofiarnie służy chorym. Mamy ojca Paneloux, zakonnika, który wpierw gromi wiernych z ambony, przedstawiając dżumę jako karę Bożą, by później pokornie stanąć w szeregu sanotariuszy razem z innymi grzesznymi i ponieść śmierć w walce z chorobą. Mamy Jeana Tarrou, dawniej rewolucjonistę, który zabijał w imię wyższych idei, by teraz samemu umrzeć jako ostatnia ofiara podczas niesienia pomocy. Jest też wiele innych, pomniejszych postaci.

Mamy w końcu Bernarda Rieux, lekarza, który od początku sumiennie, bez wahania niesie ratunek i pociechę potrzebującym, rozłączony z żoną przebywającą w sanatorium. Jest on, jak to ujął Camus w innym swoim opowiadaniu- samotny i solidarny. Doktor Rieux nie zastanawia się. Doktor Rieux wie, że tak trzeba, że to jego powinność. Nie czeka go za jego starania żadna nagroda - gdy tylko dżuma zostaje pokonana, przychodzi do niego wiadomość o śmierci ukochanej żony - ale Rieux nie skarży się. Wypełnił swój obowiązek, zapłaty nie oczekiwał.

Czym więc ta powieść jest naprawdę? Żeby sobie to uzmysłowić, musimy być świadomi pewnych faktów. Camus pisał ją w latach 1942-1947, a więc ponad połowę czasu w rzeczywistości okupowanego przez Niemców Paryża. Codzienny widok sterroryzowanej stolicy Francji musiał w nim, jako - dodatkowo - członku ruchu oporu, mobilizować duszę intelektualisty do poszukiwania odpowiedzi na pytania, które stawia sobie człowiek w atmosferze strachu i klęski, w tym na to najważniejsze: jak teraz żyć? 

Prócz tego Camus, człowiek wówczas (i jeszcze długo) niewierzący, przechodzi przemianę na gruncie wyznawanej filozofii. Jego poprzednie wielkie dzieło, Mit Syzyfa, opisuje bunt człowieka wobec świata pozbawionego nadziei, szczególnie tej transcendentnej. Jest to jednak bunt egoistyczny, skierowany przede wszystkim ku zaspokojeniu jedynie swoich pragnień. W Dżumie ten bunt nie jest już samotną walką przeciw wszystkiemu i wszystkim. Camus zauważa wartość solidarności. I to właśnie bunt i solidarność pozwalają zachować zarówno ginącemu Oranowi na kartach powieści, jak i uczestnikom La Resistance (ruchu oporu) we Francji, zhańbionej wrogą okupacją na północy i rodzimą kolaboracją na południu (tzw. Państwo Vichy) przetrwać i podnieść z godnością głowę w momencie triumfu.

Książka ta powstała  więc zainspirowana zarówno tym, co się działo na zewnątrz, jak i wewnątrz wielkiego pisarza i filozofa. A nie jest ona niczym innym, jak wielkim traktatem o istocie zła, które przychodzi nagle, niespodziewanie, rozdając razy na prawo i lewo, nie pytając, komu i za co. Można by bowiem zmienić czas i miejsce akcji - a byłaby to opowieść o epidemii w dowolnym mieście dowolnej epoki. Można by zamienić bakcyl dżumy na żołnierzy czy bandytów - i byłaby to opowieść o piekle wojny albo horrorze bezprawia.

Pisarz prezentuje nam to, co powinniśmy wiedzieć o złu: że jest rzeczą powszechną, potężną, nieuniknioną, na swój sposób sprytną, a przede wszystkim - że istnieje i jest nie do ostatecznego pokonania w świecie doczesnym. Akapit kończący powieść wyraża to dokładnie:
Słuchając okrzyków radości dochodzących z miasta, Rieux pamiętał, że ta radość zawsze jest zagrożona. Wiedział bowiem (...) że bakcyl dżumy nigdy nie umiera i nie znika, że może przez dziesiątki lat pozostać uśpiony (...) i że nadejdzie być może dzień, kiedy na nieszczęście ludzi i dla ich nauki dżuma obudzi swe szczury i pośle je, by umierały w szczęśliwym mieście. 

Gdy Dżuma miała swoje pierwsze wydanie, piekło II wojny światowej dopiero co się zakończyło, ale Camus był świadom, że będą kolejne konflikty, zarazy i katastrofy. Że ludzkość jest skazana na współistnienie ze złem. Wydaje się, że za pomocą tego dzieła postanowił zostawić sobie współczesnym i potomnym pewne wskazówki. Dżuma to nie tylko więc powieść, ale prawdziwe Vademecum  w pierwotnym tego słowa znaczeniu (a oznacza ono: pójdź za mną). Jest to swoisty przewodnik po metodach działania zła, a także savoir-vivre (czyli znajomość życia) traktujący o tym, jak zachować się wobec wszechobecności sił demonicznych. W końcu jest to, wydaje się, testament (dość wcześnie napisany, może i niezamierzony) samego pisarza, opus magnum, którym chciał przekazać swoim współtowarzyszom ziemskiej doli i niedoli nie tylko świadectwo swojego pisarskiego kunsztu.

Kiedy zadawane jest pytanie o to, jaką postawę wobec zła Albert Camus polecił potomnym, to wkłada mu się w usta słowa doktora Rieux, że trzeba być świętym bez Boga. Ale Camus ostatecznie kwestii istnienia Boga na kartach książki - mimo wszystko - nie rozstrzyga. Przedstawia także w pozytywnym świetle przemianę ojca Paneloux, nie podważając jego motywacji religijnych. Moim zdaniem - i chyba będzie ono najwłaściwsze - wielki noblista polecił nam, byśmy byli świętymi. Z Bogiem czy bez Niego - tutaj autor pozostawia wybór nam samym. Ważnym jest, byśmy trwali w buncie przeciw złu, codziennie pracując, wypełniając swoje zadania i pozostając solidarnymi z innymi na froncie życia. Nie pokonamy zła, nie zakopiemy go i nie wbijemy triumfalnie łopaty na kopczyk. Nie zatkniemy nad nim zwycięskiego sztandaru, jak nad stolicą pobitego wroga. Ale nie możemy stać z założonymi rękami. Naszym powołaniem, jako ludzi, jest wojna ze złem. A w tej wojnie nie ma miejsca - mówi Camus - na obojętność ani kolaborację.

Jak cenne są to drogowskazy, przyzna każdy. Jeszcze bardziej możemy się chyba zgodzić, że są to wskazówki wyjątkowo niewysłuchane. Za naszą walkę jednak - jeśli ją podejmiemy - czasem spotyka nas nagroda - szczęście. Co prawda szczęście świadome swojej ulotności, ale jednak - szczęście:

Morze gwizdało lekko u stóp wielkich bloków mola i kiedy się wspinali, wydało im się gęste jak aksamit, zwinne i gładkie jak zwierzę. Usiedli na skałach zwróconych ku pełnemu morzu. Woda wzdymała się i opadała powoli. Ten spokojny oddech morza kładł oleiste refleksy ma powierzchni wody i ścierał je na przemian. Przed nimi noc była bezkresna. Rieux, który czuł pod palcami wysmaganą powierzchnię skał, był pełen dziwnego szczęścia.

Warto przeczytać Dżumę z uwagą, nawet ponownie. Warto podjąć to wyzwanie, które tak przewrotnie opisał na jej kartach Albert Camus. Warto, po prostu, być człowiekiem.

niedziela, 6 września 2015

Gatunek na wyginięciu

Opowiadanie z lekkim zabarwieniem politycznym. Historia zaczyna się w roku 2002 i będzie trwać.

Zaczęło się tak. Amerykanie rozwalili całkiem stabilny Irak i poszli stamtąd, zostawiając bałagan. Nie, przepraszam. Bajzel. My im w tym pomogliśmy, szukając razem z nimi "broni masowego rażenia", której istnienie było jednym wielkim blefem i wyimaginowanym casus belli. Akceptowaliśmy siłowe przejmowanie rafinerii, które stawiały także polskie firmy. Powiem więcej: przede wszystkim polskie.

Tak, moi drodzy, Irak stał swoją ropą i naszą myślą inżynieryjną. Znam całkiem niemałą grupę osób, która w Iraku pracowała. I Wy też znacie, bo to są wasi wujkowie, sąsiedzi, może i ojcowie albo dziadkowie- możliwe. Popytajcie no ich, jaka to bieda była w Iraku za Saddama.

Później państwa europejskie pomogły rebeliantom, którzy Bóg wie skąd wytajali, roznieść w pył dyktaturę Kaddafiego w Libii, który był co prawda zdecydowanie niebezpieczniejszy od Saddama, ale summa summarum był związany jakimiś umowami międzynarodowymi, którymi dało mu się założyć- luźniejsze mniej lub bardziej- chomąto.

A na sam koniec obficie wsparto "demokratycznych" powstańców w  Syrii, palących się do urżnięcia łba względnie niegroźnemu dla Zachodu dyktatorowi Asadowi, poprzez wysyłanie im całych kontenerów broni. Broń ta w przeważającej większości trafiła do bojowników Państwa Islamskiego. Podobnie jak dwa tysiące pojazdów Humvee, które dżihadyści przejęli w Iraku.

Wiecie, co to Humvee? Taki zaawansowany jeep wojskowy. Mając takich dwa tysiące i broń można zrobić miazgę z niejednej armii średniej wielkości państwa.

Sytuacja przedstawia się tak, że w Iraku islamiści podchodzą pod Bagdad, w Libii bajzel, w Syrii islamiści podchodzą pod Damaszek, a do nas walą nieprzebrane tłumy uchodźców, do których podczepiają się jeszcze bardziej nieprzebrane tłumy emigrantów zarobkowych z Afryki i Azji. Dodatkowo niektóre koncerny zachodnie- co udowodniła m.in. francuska organizacja Nouveaux Martyrs- handlują z Państwem Islamskim, zasilając ich budżet na kolejne zakupy broni wszelkiego rodzaju.

Zachód, łasy na pieniążki, podpalił z dzikością w oczach ledwo co stabilny region. Region eksplodował, a my dostajemy tego odłamkami w postaci fali migracyjnej. Swoją drogą, główni podpalacze, czyli Amerykanie, powiedzieli, że uchodźców nie przyjmą. Ciekawe, co?

Mówię Wam już dziś. Za naszego życia zmieni się bardzo wiele. Uczcie się naszej kultury i czytajcie jak najwięcej o dziedzictwie Europy, bo wkrótce tylko pamięć może być skarbnicą tego, co tu budowaliśmy przez cztery tysiące lat. My, Europejczycy. Gatunek na wyginięciu.