sobota, 5 kwietnia 2014

Przyjaciele na czas określony

Istnieje pewna cecha nas wszystkich, która irytuje mnie nieprawdobodobnie. Dostaję szału, gdy się ujawnia. Nazywa się ona interesowna serdeczność. Jest według mnie jedną z najbardziej śliskich cech, jakie istnieją. Przynajmniej moim zdaniem. Niestety, drzemie w każdym z nas. Jak potwór, ohydny lewiatan, który tylko czeka, kiedy wysunąć swoje obrzydliwe macki pod płaszczykiem miliarda form grzecznościowych, wazeliniarstwa i zwyczajnej, powszechnej jak poranny skurcz w kolanie obłudy.

Powiedzmy sobie szczerze. Każdy z nas kogoś nie znosi. Każdy z nas, że to tak ładnie ujmę, nie przepada za czyimś towarzystwem. To niemoralne, niechrześcijańskie, niekulturalne, nieetyczne, ale, na litość boską, ludzkie, wchodzące w skład ciemnej strony naszej, według mojej wiary, złożonej z ciała i duszy natury. Mniejsza z tym, z czego to wynika, bo i tak pewnie nie ma jednoznacznej odpowiedzi.

Istnieją też dla każdego ludzie, którzy są nam (przepraszam) tak potwornie obojętni. Tego też nie powinno być. Ale jest. Mijamy niektórych codziennie, przepływamy jak okręt wojenny obok zbitej z dech szalupy, szczytem grzeczności bywa zdawkowe cześć, tudzież wyjątkowo wysilone jak się masz. 

Istnieją nawet osoby, które względnie lubimy, ale nieszczególnie. Fajnie się gada, ale nie za często.

Tu dodajmy: sami też dla wielu jesteśmy we wszystkich przypadkach po drugiej stronie barykady. Niezupełnie komfortowe, prawda? I tutaj wielu poda znakomity argument: no i co z tego. Ewentualnie: cóż poradzić. Ja jednak należę do grona ludzi wyjątkowo złośliwych (ze wskazaniem na upierdliwych), więc zamierzam kontynuować temat.

Rozwieję najpierw pewne wątpliwości. Nie uważam wcale, że mamy być dla takiej nie-darzonej szczególną sympatią osoby niemili. Nie. Nie znaczy nawet tego, że nie mamy takiej osoby prosić w potrzebie o pomoc. Kultura to przecież jedna z największych zdobyczy naszej cywilizacji (ostatnimi czasy bezmyślnie topiona w morzu chamstwa. TAK! CHAMSTWA!), więc należy z niej robić jak najlepszy użytek.

Istnieje jednak granica. Cieniutka, cieniuteńka granica, która bywa przekraczana, i za którą kryje się tylko wa-ze-li-niar-stwo.

Jest piękny, słoneczny poranek. Blask wczesnego dnia delikatnie wkrada się przez firany, na ścianach tańczą świetlne odblaski. Ciepło pozwala nam na luksus otworzenia okna, by dźwięk i zapach podwórza wlał się do środka. I w takich to okolicznościach przychodzi sms/dzwoni telefon/dostajemy wiadomość na Facebooku (Zuckerberg, you're everywhere).

I tu się zaczyna. Wybierajcie sobie, boście, Drodzy Czytelnicy, sposród obu płci. Dany osobnik: piękna (lub nie) dziewczyna/przystojny (lub nie) chłopak serdecznie pyta co słychać, chociaż dawno o osobniku ni widu ni słychu nie było, chwali jak to wyprzystojniałeś/zmężniałeś/wypiękniałaś/jesteś tak świeża niczym nowy Lenor (tak, niektórzy potrafią urżnąć porównania poetyckie do bólu), podziwia naszą bystrość/inteligencję/błyskotliwość/seksowność (Boże, jak ja się śmieję teraz), rechocze wesoło z naszych dowcipów, od których zazwyczaj dostawał skrętu wnętrzności. Cud, miód, malina. Tego było nam trzeba.
Oczywiście, robią to o wiele inteligentniej i nie w takim natężeniu. Niemniej jednak, schemat uważam za prawidłowy.

Czasem dajemy się nabrać. Czasem uśmiechamy się naiwnie pod nosem no proszę, co za zmiany. Lub: o jak miło, dawno nie pisał(a). O, srogo zapłacimy za swoją łatwowierność.

W końcu pada jednak PYTANIE. Czy zrobimy to lub tamto, czy pomożemy w tym lub w tamtym. Czy zachowamy się tak lub inaczej. Zazwyczaj jest to związane z naszymi uzdolnieniami czy zainteresowaniami. Tudzież możliwościami. Bywa, że także finansowymi.

Nie jesteśmy niemili. Mówimy: jasne, spoko, ach, nie ma problemu. Wykonujemy daną rzecz. Dostajemy lawinę podziękowań, opcjonalnie powtórzenie repertuaru serdeczności. Utrzymujemy kontakt dzień lub dwa. Kontakt się urywa. Czerwony kabriolet odjeżdża w dal, a my zostajemy z tobołkiem na środku pustyni w Nowym Meksyku. (zgadliście. Ten motyw z teledysku zespołu Genesis. Tak, tego od Phila Collinsa. Nie, on nie grał w Metalllice).

Lub też scenariusz drugi. Odmawiamy. Wysłuchujemy, jak to się na nas ktoś zawiódł, że jednak to jesteśmy tacy i tacy, i wcale się nie mylił. Nie pozdrawia. Znika, ewentualnie komentuje naszą skromną osobę w węższym lub szerszym gronie (ze wskazaniem na szersze). Choć czasem mówi, że rozumie. Też znika. I takie zakończenie jest chyba najzdrowsze.

Od czasu do czasu taka sytuacja, z zakończeniem pierwszym, drugim lub trzecim trafia się każdemu. Rozciągnięta w czasie bardziej lub mniej. Drażni za każdym razem tak samo. Szczególnie, gdy z mety wyczujemy to przesłodzenie. Bywamy asertywni, śmiejemy się z tego, denerwujemy się. Nie zmienia to faktu, że za każdym razem jest to tak samo niezdrowe. I czasem przykre.

Więc radź, mądralo! A cóż mogę poradzić? Może po prostu: szanujmy innych, ale także siebie? A przede wszystkim, sami wyzbądźmy się (my, mówię, my! Czyli do siebie także!) takich zagrań? Od razu będzie lepiej, nie? No nikt nie mówił, że będzie łatwo.

Swoją drogą, wiele dziewczyn mówi, że nie umie przyjmować komplementów. Mnie to zaskakuje, ale może wynika z faktu, że duża część komplementów, jakie słyszą, jest nieszczera i powiązana z takimi sytuacjami?

Kardynał Richelieu mawiał: Od przyjaciół zachowaj mnie, Panie. Dodajmy: od fałszywych przyjaciół. I sami nimi nie bądźmy. Tak chyba będzie najlepiej.

A jeżeli ktoś chce mnie jeszcze po takim felietonie poprosić w czymkolwiek o pomoc- zapraszam. Kiedy mogę i mam czas- chętnie. Ale są teksty, w które naprawdę nie uwierzę.


środa, 2 kwietnia 2014

Duc in altum

Dziś przypada dziewiąta rocznica śmierci Papieża-Polaka. Dwudziestego siódmego kwietnia tego roku Jan Paweł II zostanie ogłoszony Świętym. Znów przypomnimy sobie słowa naszego wielkiego Rodaka, znów pojawią się obrazki, papieskie flagi, książki. Ba, kremówki. I raz kolejny będziemy zachwyceni Jego Nauczaniem. Nauczaniem?

Miałem to niewątpliwe szczęście uzyskać jako-taką świadomość o świecie otaczającym mnie jeszcze za lat pontyfikatu Jana Pawła II. Nieraz miałem okazję zetknąć się z Jego postacią: poprzez cotygodniową transmisję Anioła Pańskiego z Placu św. Piotra, obrazki, cytaty, książki o Jego Pontyfikacie. Płyty. Różańce z herbem papieskim. No i właśnie kremówki.

Ktoś może pomyśleć, że atakuję właśnie Papieża. Nic bardziej mylnego. Ale o tym, do czego zmierzam- za chwilę.

Niestety, 2 kwietnia 2005 roku Jan Paweł II umiera po ciężkiej chorobie. Jednoczymy się wtedy wszyscy, opłakujemy. Jest nad czym płakać. Nad człowiekiem, który zmienił świat. Wprowadził Kościół w Trzecie Tysiąclecie. Był jednym z największych reformatorów Kościoła Katolickiego, największym autoryterem Solidarności i innych ruchów w Europie mających na celu demontaż porządku komunistycznego.

Prawdziwym adwokatem biednych. Inicjatorem dialogu ekumenicznego. I można tak wymieniać kolejne zasługi. Ale teraz stawiam pytanie: a co utkwiło w naszej pamięci?

Tak. Papież głaszczący dzieci, Papież pozdrawiający Rodaków. Papież całujący rodzimą ziemię. Papież na obrazkach, Papież na plakatach. Papież opowiadający, jak chodził po maturze na kremówki. I to jest straszne. Nie dlatego, że nie mamy o tym pamiętać. Ale dlatego, że zrobiliśmy z tego niesamowitego człowieka dosłownie pluszowego misia o charakterze sakralnym.

Powiedzcie mi, ilu z nas sięgnęło po lekturę Pamięci i Tożsamości, którejś encykliki lub innej książki, ilu z nas czytało jego wiersze, które pisał jeszcze jako młody ksiądz, a także biskup i kardynał? Ilu z nas zastanawiało się głębiej nad tym, co chciał nam przekazać?

I to jest nasz największy grzech wobec Jana Pawła II. Sprowadziliśmy Jego postać do elementu folkloru, pomnikowej przytulanki, którą się pocieszymy, gdy ktoś wypomni nam jakąś narodową wadę. Spłycamy dokonania wielkiego Duchownego, etyka, filozofa, poety, a także polityka. Człowieka, bez którego nie bylibyśmy tu, gdzie jesteśmy, tylko w rzeczywistości o wiele ciemniejszej. Podobny proces miał miejsce we Włoszech z postacią Ojca Pio, który dostrzegał to zresztą jeszcze za życia.

Wiecie jak wyglądamy? Jak ludzie, którzy słysząc Wypłyń na głębię biją brawo i próbują nurkować w brodziku.

Minęło już tyle czasu, że coraz częściej pojawiają się głosy krytyczne, nawet szydzące z osoby Karola Wojtyły. Mnie też to oburza, ale nie wyprowadzimy przeciw tym głosom żadnej skutecznej kontry, jeżeli dalej będziemy siedzieć w okopie przekonania, że Papież to był cudowny. I koniec. Argumenty, argumenty! A wystarczy wsłuchać się w Jego słowa, by mieć ich całą baterię!

Ale nie to jest tu przecież najważniejsze. Najważniejsze jest to, żeby się właśnie wsłuchać. Przyjąć te słowa do serca i wcielić je w życie.

To jest właśnie nasza powinność wobec Wielkiego Polaka. Wypłynąć na głębię. Na głębię Jego przesłania, które wypływa z nauczania pewnego Żyda, skazanego na śmierć dwa tysiąclecia temu.

Mogę usłyszeć głosy, że to, co piszę, to skandal, co ja w ogóle wiem o życiu. Fakt. Mało. Ale czy chodzi tu o doświadczenie? Nie. Tylko o stawkę o wiele wyższą. Dlatego wierzę, że kiedy zaczniemy słuchać, nie jedynie słyszeć, to naprawdę dokończy się odnawianie oblicza Ziemi. Tej Ziemi.

Bo w innym wypadku- z całego dziedzictwa tego pontyfikatu zostaną tylko...kremówki. Tego nie chcemy. Prawda?

piątek, 14 marca 2014

Jak Iwaszkiewicz wygrał z Cohenem

Dorwałem wybór wierszy Leonarda Cohena. Tak, tego od Hallelujah, tego od In my secret life, tego od Dance me to the end of love, w ogóle- od czego to on nie jest. Dorwałem więc ów wybór i schowałem do plecaka.  Ach, ile nadziei powiązanych z małą niebieską książeczką!
Treść jej łapczywie chłonąłem w zacnym autobusie 860 (dla niezorientowanych- relacji Piekary-Katowice). No i cóż. Porwało mnie parę genialnych utworów. Nie odmówię Cohenowi ironii i swego rodzaju refleksu pisarskiego. Ale, prawdę mówiąc- trochę się rozczarowałem.

Może to wynika z różnych przyczyn. Na przykład z takiej, że najpóźniejszy wiersz ze zbioru pochodzi z roku 1973. A więc jest to Cohen stosunkowo młody, bo niespełna czterdziestoletni. Jednak fakty pozostają faktami. Po ciepłym, niskim głosie kanadyjskiego barda spodziewałem się tekstów nieco jaśniejszych, pogodniejszych. A tutaj, cóż. Pan Leonard w przeważającej części utworów opowiada nam z ironią (sarkazmem wręcz. Firmowy znak Cohena, prawda?) i odrobiną kpiny o swoich podbojach erotycznych oraz o tym, jak to (dobrze) być sławnym. Są też inne- właśnie te inne najczęściej przypadały mi do gustu, choć to nie reguła- ale jest ich...mniej. A całość napisana jest stylem z pewnością na czasie, ale jakimś takim...mało instynktownym. Trzeba się skupiać, myśleć dużo, kojarzyć, nawet trochę kombinować. A ja nie zawsze lubię kombinować przy czytaniu, szczególnie aż tak. 

Mała uwaga, zanim usłyszę skargi wielbicieli, tudzież-to już prędzej- wielbicielek. Cohena cenię bardzo wysoko. Słuchać mogę godzinami. Piosenki jego autorstwa, które uwielbiam, układają się we wcale pokaźną listę. Ale niestety, tym razem oczekiwałem po jego twórczości czegoś, czego nie dostałem. Choć to zapewne błąd karygodny, stawiać oczekiwania czyjejś twórczości.

I wtedy sięgnąłem po Muzykę wieczorem, ostatni tomik wierszy Jarosława Iwaszkiewicza, który wziąłem jako drugi do plecaka. Tak niemal odruchowo. Nie spodziewałem się, że sięgnę po niego. A tu proszę.

O Iwaszkiewiczu można pisać mnóstwo. Poeta, tłumacz (na przykład Baśni Andersena), eseista, jeden z pięciu Skamandrytów, przyjaciel Tuwima, Wierzyńskiego, Lechonia...ten, który dał schronienie Baczyńskiemu czy Żydom w czasie wojny. Czytałem go wybiórczo, choć kiedyś dostałem jego potężną antologię poezji. W ogóle, muszę przyznać, że wbrew pozorom- grube książki mnie odstręczają. A tutaj taki siedemdziesięciostronnicowy tomik. Wiersze krótkie, nieskomplikowane.

 Ja to wszystko wiem. Że współpracował z komunistami, że był to, jak napisał Miłosz, obywatel pod naciskami twardej konieczności, że poseł na czerwony sejm, że zdradzał po wielokroć żonę, i to wcale nie z kobietami, i tak dalej, i tak dalej...ale przy lekturze Muzyki wieczorem Iwaszkiewicz mnie urzekł. Naprawdę.

Bo to właśnie wiersze Pana Jarosława miały to coś, czego szukałem. Ciepło. Zresztą, Muzyka wieczorem to tomik niezwykły. Zbiór refleksji człowieka, który wie, że za chwilę umrze, a tak po prostu mu szkoda rozstawać się z tym światem. Jak podróżny, który stoi na peronie w małej, uroczej wiosce i czeka na pociąg, do którego wcale wsiadać nie chce. Trochę w tym żalu, ale więcej właśnie ciepła, wspomnień i takiej nuty rozrzewnienia, melancholii. Opowieści dziadka? Trochę jakby. Coś w tym stylu.

I wiecie co? Ucieszyłem się. Odłożyłem na bok Cohena, zaczytałem się w Iwaszkiewicza. Nawet wobec ostateczności śmierci mrugał do mnie okiem. A słońce świeciło przez szyby, jasniały w bezchmurnym popołudniu ulice Piekar, Siemianowic, Katowic. Udało się wsączyć Iwaszkiewiczowi we mnie odrobinę jakiejś pewności, że, jak sam napisał w wierszu Do prawnuczki: 

Świat będzie zawsze piękny, Ludko. I beze mnie.
Przynajmniej tyle udało się wygrać. Dobrych snów, Panie Jarosławie.


sobota, 1 marca 2014

Dzień dumy, dzień wstydu

Wczoraj jechałem autobusem po Katowicach, Chorzowie i Bytomiu. Zobaczyłem mnóstwo biało-czerwonych flag przygotowanych na dzień dzisiejszy. Zobaczyłem napisy "Chwała bohaterom". Siłą rzeczy więc moje myśli skierowały się na tych: których dziś wspominamy: na Żołnierzy Wyklętych.

Kim byli? Przecież wiemy. Na pewno?

Żołnierze Wyklęci, czy jak to się mówi coraz częściej: Niezłomni, to ci partyzanci, którzy po zajęciu polskich ziem przez Armię Czerwoną w latach 1944/45 pozostali w lesie lub poszli do niego, by bić się dalej o wolność- już nie z niemieckim, ale z sowieckim okupantem oraz jego kolaborantami. I nie nazywam tu kolaborantami wszystkich żołnierzy Ludowego Wojska Polskiego- któremu NIE WOLNO odmawiać zasług bojowych w walce z hitlerowcami, a dla wielu było ostatnią szansą na wydostanie się z Syberii- ani nie obejmuję tym stwierdzeniem całej Milicji Obywatelskiej, jaka wtedy powstała- bo przecież zdarzali się i tam poczciwi ludzie, którzy po prostu chcieli służyć jako utrzymujący względny porządek. Inna sprawa, że wielu z tych, którzy zdali sobie sprawę, jaki jest prawdziwy charakter jednostek Milicji, po prostu szybko się z niej zmyło. 

Tak więc ci, których dziś nazywamy Niezłomnymi lub Wyklętymi, to ta grupa polskich (i nie tylko!) bohaterów, którzy chwycili za broń w walce przeciw sowietyzacji Polski. Złotymi zgłoskami zapisały się na kartach polskieh historii dokonania żołnierzy z Narodowych Sił Zbrojnych, Narodowego Zjednoczenia Wojskowego, Konspiracyjnego Wojska Polskiego i wielu innych ugrupowań walczących w tym okresie. Rozbijali więzienia, chronili polską ludność cywilną, toczyli walki z bolszewikami. Można wymieniać nazwiska bohaterów: Witold Pilecki, Danuta Siedzikówna Inka,  Antoni Heda Szary, Józef Kuraś Ogień, Zygmunt Szendzielarz Łupaszko...i setki tysięcy innych.

Bohaterska walka trwała niemal 20 lat, aż do 21 października 1963 roku, kiedy zginął ostatni partyzant- Józef Franczak Laluś. O ich poświęceniu, sukcesach i dzielnej walce krążyły legendy. Polacy żyli nadzieją, że to wielkie powstanie (tak! powstanie!) ma sens, że zwycięży. A oni walczyli dalej, dziesiątkowani. Ranni. Otoczeni. I właśnie dlatego mamy dziś Dzień dumy.

Niestety, obraz ten nie jest krystaliczny. Kilkakrotnie miały miejsce akcje na ludności nie-polskiej mające charakter pogromu. Właściwie co do paru jesteśmy pewni, że zostały dokonane przez partyzantkę antykomunistyczną, pozostałe są z dużym prawdopodobieństwem bolszewicką prowokacją. Nie można jednak brać tych- wiem jak to dla niektórych zabrzmi- jednostkowych wypadków jako wpojonych w obraz Niezłomnych. Ludzie dokonujący tego typu akcji nie stanowili nawet promila wśród innych, pełnych honoru i rycerskich zasad żołnierzy podziemia, którzy nieraz wykazywali się pomocą wobec każdego, kto tego potrzebował, a w szeregach NSZ dużą grupą byli Żydzi, a nawet Białorusini. Współpracowano także z Ukraińcami.

Za swoją walkę Niezłomni zapłacili nieraz najwyższą cenę. W walce z Sowietami i ich poplecznikami zginęło 20 tysięcy z nich, wielu zamordowanych zostało w katowniach UB, wielu okaleczono w straszliwe sposoby (regularną praktyką podczas przesłuchań było np. wyrywanie paznokci czy przytrzaskiwanie genitaliów szufladą). Ogromna liczba partyzantów spędziła wiele lat w więzieniach za rzekomą zdradę stanu. Pół wieku nazywano ich mordercami, hitlerowcami. Odmawiano praw publicznych. Jeszcze dziś niektóre partie wychodzą z sali plenarnej Sejmu, gdy oddaje się im cześć. Ci ludzie umierali nieraz zapomniani, w biedzie aż piszczącej. Oprawcy Niezłomnych żyją często w luksusowych warunkach, nie doczekawszy sprawiedliwości za swoje zbrodnie. I właśnie dlatego mamy dziś także Dzień wstydu. 

Dokonań Niezłomnych w zmianie mentalności Polaków wśród meandrów tej krętej rzeki nazywanej: Historia, nie sposób przecenić. Stawiam tezę- i myślę, że wiele się nie mylę- że bez ich buntu nie byłoby Solidarności,  a komunizm zakorzeniłby się w Polsce bardziej. To właśnie opór tych przez dekady oficjalnie zapomnianych sprawił, że w czasach najciemniejszych duszę Narodu rozświetlał nikły płomyk nadziei. Przyjdzie pora rozliczeń. Choćby symbolicznych. Wierzę w to.

Jeszcze długo trudno będzie co po niektórym oddać należną cześć tym, którzy herosami dziejów byli naprawdę. Ale do naszej świadomości powoli przenika ważny fakt: nie ugięliśmy się. Nigdy. Podejmowaliśmy walkę pozornie beznadziejną, przynoszącą owoce dopiero po kilkudziesięciu latach. Jest naszym obowiązkiem dziś zawołać za pokoleniami, które minęły:

Chwała Bohaterom.


piątek, 7 lutego 2014

Rosyjski sen

Zaczęły się Zimowe Igrzyska w Soczi. Otwarto je z wielką pompą- ceremonia powalała momentami swoim monumentalizmem. Można pominąć drobną wpadkę w postaci nieotwartego olimpijskiego koła. Choć była to wpadka dość symboliczna.

Wszystko tańczyło. Wszystko szybowało.Wszystko rosło w oczach.

Wirujące kopuły cerkwi, tysiące tancerzy, ogromne kolumny wzorowane na modłę złotego wieku Sankt Petersburga. Potężne sierpy, głowy radzieckich bohaterów, wieżowe pałace Moskwy, wesoła młodzież lat sześćdziesiątych, a w tle przyśpiewki w stylu Pust' wiek da, czy Padmaskownyje wiecziera. Czasy Związku Radzieckiego przedstawiono jak jeden ze szczęśliwszych w historii. Nie usłyszeliśmy piosenek takich bardów tamtych siermiężnych lat, jak Bułat Okudżawa czy Włodzimierz Wysocki, który śpiewał, że wszystko nie tak, jak powinno być. 

Słusznie zauważył Włodzimierz Szaranowicz: Oni byli z innego snu. Snu, który Rosji jeszcze się nie wyśnił.

Rosja się zmieniła, to fakt. Sami Rosjanie są fantastycznymi ludźmi, miałem okazję poznać paru. Ale to nadal kraj wielu kontrastów, nawet w samym Soczi widać je wyraźnie- choć z racji goszczących tam Igrzysk, jakby mniej. Oszałamiające bogactwo sąsiaduje z przerażającą biedą, nowoczesność z przestarzałością. Potęga stolicy z opuszczonymi wioskami. Otwarcie na świat z ustrojem, którego demokratyczność stoi pod znakiem zapytania. A wszystkie te paradoksy funkcjonują razem, tworząc niesamowitą, nieprawdopodobną wręcz kombinację.

Właśnie z takiego kraju nadadzą transmisje z olimpijskich zawodów, nieraz będziemy jeszcze oglądać popis wschodniosłowiańskiej chwały. A potem rozejdzie się publika, ucichną stadiony, wszystko wróci do normy-
do rzeczywistości, której na ekranach telewizorów nie zobaczymy.

Kiedyś Rosjanom wyśni się sen, sen Wysockiego i Okudżawy. Ale jeszcze nie teraz. Nie dziś.




poniedziałek, 3 lutego 2014

Waga słowa

Witam po dłuższej przerwie. Chwała Bogu, mogę spokojnie wrócić do prowadzenia mojego zakątka. Zapraszam dziś do lektury.

Zdarzyło się Wam kiedyś mozolnie przebijać z jakąś ważną myślą przez głosy innych dyskutantów, często bezskutecznie? Zdarzyło się Wam usłyszeć "aha" w reakcji na głębsze przemyślenie?
A zdarzyło się Wam rzucić jakimś błahym tekstem, powiedzieć pierdołę i co najmniej przez kilka dni obserwować-nieraz niezdrową- podnietę tymi paroma słowami?

Zdarzyło się, każdemu. Co gorsza- każdemu z nas zdarzyło się też być po drugiej stronie.

Dlaczego o tym piszę? Bo od niedawna zaczęła zastanawiać mnie wartość tak codzienno-niecodziennej rzeczy, jaką jest słowo. Nie tylko dlatego, że- tak jak każdy człowiek, ale tym bardziej jako właściciel bloga- jestem za słowa odpowiedzialny.

Powiedzmy sobie szczerze- w rutynowym zalewie informacji, powodzi internetowych i rzeczywistych dyskusji słowo jest coraz lżejsze, coraz tańsze. Nie ma godziny, żeby ktoś nie podzielił się na Facebooku jakąś kwestią bardziej lub mniej aspirującą do rangi sentencji. Wyrazy zwykle używane w chwilach doniosłych mieszane są z czczą gadaniną. Przykład?
Śmiejemy się, gdy słyszymy, że dzieci z podstawówki są w związku. Pomijając już jakiś wymiar niedojrzałości tej deklaracji- niedojrzałości niewinnej, bo taka cecha tego wieku- to sam fakt użycia takiej kwestii już świadczy o tym, że spowszedniała ona po prostu na tyle, że dzieci, które jakiś naturalny, wbudowany hamulec przed powiedzeniem niektórych rzeczy mają- przestają go mieć. Co więc musi się dziać w świecie dorosłych?

Więc teraz spójrzmy na tytuły gazet czy tabloidów, zajrzyjmy na portale, włączmy telewizor. Ile razy słyszymy o jakiejś znanej osobie informacje, które za chwilę są po cichu dementowane? Mi też nie starczyło palców. A ile razy słyszymy informacje mające większe znaczenie? Niezwykle rzadko.

A teraz skok w miejsce, gdzie słowo powinno być cenione najbardziej, gdzie powinno być cyzelowane z dokładnością nieprawdopodobną- w nowoczesną poezję. I co? I widzimy nieraz zamiast sztuki słowa- zabawę słowem. Żonglowanie wyrazami, nierzadko pozbawione sensu. Nie ma już imponować treść, ale pewne zabiegi stylistyczne- zresztą i tak niezbędne. Od razu odpieram zarzut- fakt, sam piszę wiersze, więc ktoś może uznać, że moje pisanie ma dokładnie ten sam charakter. Moim zdaniem nie ma- ale jeżeli ktoś uważa inaczej, to zapraszam do dyskusji.

Skoro, Drogi Czytelniku, dotarłeś już tutaj, to pora na konkretne wnioski i powody tego wpisu.
W szkole średniej niektórzy z nas uczyli się o funkcji magicznej i performatywnej języka. Obie z tych funkcji mają na celu zmianę rzeczywistości. I to jest prawda.

Słowa zmieniają rzeczywistość.

Każde zdanie może decydować o wyniesieniu kogoś na piedestał lub pogrzebaniu go za życia. Każde zdanie może decydować o przemianie mentalnej jednej osoby lub więcej. A są zdania, które mają już tysiące lat, a wryły się w świadomość naszej cywilizacji niezbywalnie, niezaprzeczalnie. Alea iacta est- i każdy z nas trzecie tysiąclecie wzorem Juliusza Cezara rzuca kośćmi nad własnymi Rubikonami. Ogłaszam wprowadzenie stanu wojennego- i w naszym społeczeństwie wykopano rów niezasypany do dziś. Można mnożyć przykłady, ale nie o to tu chodzi.

Bo chodzi o jedno, o czym dziś się często zapomina, a o czym chciałbym Nam przypomnieć tym wpisem, który może i jest paplaniną, a może faktycznie coś wnosi.

Oszczędzajmy słowa. One naprawdę mają swoją cenę.

środa, 25 grudnia 2013

Opłatek na zgodę

Święta mamy. Bożego Narodzenia. I to takie, że śmiało możemy śpiewać za Bingiem Crosbym- że o białych możemy pomarzyć. Takie jakie znaliśmy, gdzie błyszczą wierzchołki choinek, a dzieci nasłuchują dzwoneczków przy saniach wśród śniegu. Nie ma śniegu, deszcz jest, wilgoć jest i kałuże są. I podobno nawet stokrotki gdzieś zakwitły.

Ale to niczego nie zmienia. Migają lampki choinkowe na arteriach miast, Wigilia była, barszcz z uszkami, karp, prezenty, pasterka... był także ważny polski zwyczaj, opłatek. Który ma dwa znaczenia. Często mówimy tylko o pierwszym: o naszej życzliwości do osoby, z którą się nim przełamujemy. Ale jest jeszcze drugie: przełamanie się opłatkiem to symbol przebaczenia. Nierzadko o tym zapominamy.

Tak, już widzę komentarze niektórych, którzy będą łaskawi ten post przeczytać: Daruj chłopie, Święta są. No właśnie. Więc to chyba jest najlepsza okazja, żeby o tym powiedzieć. Bo Święta miną, a wiele ran pozostanie niezasklepionych. Wiele urazów niezatartych. Niejednokrotnie do tych, z którymi obejmowaliśmy się przy wigilijnym stole. A tak sobie myślę, że łatwo jest życzyć: Wszystkiego najlepszego. Serio, łatwo. Chyba nikomu normalnemu nie zależy, żeby komukolwiek działo się permamentnie źle. Owszem, pomarudzimy: Bo Kowalski to nie zasłużył na tego Peugeota; Bo Iksiński mógłby dać te pieniądze na co innego niż dwukondygnacyjny dom z czterohektarowym podwórkiem i kilometrowym wybiegiem dla chomika, no ale przecież nikomu nie powiemy zupełnie szczerze i na zimno, żeby zginął w nędzy. Co najwyżej, żeby trochę dostał po nosie od życia, ot tak, na nauczkę. Żeby mu się odmieniło myślenie. Może to nie jest do końca chrześcijańskie, ale na pewno nie są to życzenia najgorsze z możliwych, choć być może wcale nie powinny przejść przez myśl...

Trudniej powiedzieć: przepraszam. Bo jednak walcząc czy nie walcząc ze sobą, miażdżąca większość z nas w końcu przyznaje się do błędu, chociaż czasami. Jakoś się przemagamy, spuszczamy oczy, mówimy, że to był błąd, to się nie powinno zdarzyć, to moja wina. Jest w nas jakaś, wymuszona czy nie, odrobina samokrytycyzmu.

Ale najtrudniej jest powiedzieć: wybaczam. Darować wyrządzone krzywdy. A każdy z nas ma coś komuś do wybaczenia, prawda? I każdemu z nas ktoś ma coś do wybaczenia. Niby z taką myślą, że wszyscy błądzimy powinno wybaczać się łatwiej, ale każdy z nas wie, że tak nie jest. Że to jest najcięższe, powiedzieć od serca: było-minęło, a nie użyć tego zwrotu jako zakończenia przydługiej dla rozmówcy dyskusji. Że najtrudniej uwierzyć w czyjąś przemianę. I pewnie trudno niektórym uwierzyć w to, że my się zmienimy. Ale to jest właśnie istota chrześcijaństwa. Takiego prawdziwego, nietonącego w kłębach kadzidłowego dymu.

A jak trudniej dokonać tego już poza magicznym czasem Świąt! Bez choinki, aniołków, pastuszków, Dzieciny w żłóbku! Jak trudno to zrobić w dzień bardzo powszedni, zwłaszcza wobec tych, którzy są blisko!  Czy ktoś jednak nie powiedział, że Święta trwają cały rok?

I tego Nam właśnie życzę, już po Wigilii. A wcale się z tymi życzeniami nie spóźniam. Żebyśmy każdego dnia mieli w duszy opłatek na zgodę, z najlepszymi życzeniami. Żeby Nowonarodzony roztapiał lody naszych serc codziennie, chociaż choinki znikną, a stajenki rozbiorą. Żebyśmy potrafili się nim dzielić bez względu na czas, odległość, warunki. Tak po prostu.

Wesołych Świąt, Przyjaciele.