sobota, 11 lipca 2015

Mitteleuropa, czyli ocalić Ideę

Witam znów po przerwie. Trochę się pozmieniało, trochę poszło do przodu. Już za najdalej parę miesięcy pierwsze papierowe wydanie mojej twórczości. Ale zanim to- zapraszam do lektury nowego wpisu.

UWAGA: Kiedy mówię o "Mitteleuropie", to nie nawiązuję do niemieckich planów terytorialnych z okresu przed I wojną światową, tylko traktuję o regionie Europy Środkowej z całą jego historią i dziedzictwem.


Do niedawna popularne było pytanie: czy czujesz się Europejczykiem? Oczywiście zadawane było ono w kontekście Unii Europejskiej. Europejczykiem według tej koncepcji był ten, kto mieszka w kraju unijnym, kto aprobuje działania UE, kto jest tolerancyjny (to słowo też nabrało nowych konotacji, zupełnie rozbieżnych z oryginalnymi), kto chce płacić we wspólnej walucie, kto dumnie macha niebieską flagą z dwunastoma żółtymi gwiazdkami. Tak, to miał być Europejczyk. Zachwycony obywatel organizacji międzynarodowej na Starym Kontynencie. Będziemy w końcu w Europie!- krzyczeli co bardziej zadowoleni, gdy dołączaliśmy do Unii. W mniejszości, niestety, byli ci, którzy trzeźwo pytali: a do tej pory to gdzie byliśmy?

Trochę sobie szydzę, fakt. Ale pytanie, co znaczy być Europejczykiem, co to jest tożsamość europejska- pozostało. Nie są to pojęcia związane z tworami politycznymi- one, jak uczy historia, przychodzą i odchodzą, a te pytania zadawano i w epoce Karolingów, i za czasów Habsburgów, wreszcie zadajemy je my. Skoro tak jest- to znaczy, że jest to pytanie ważne, istotowe wręcz.

Nie oczekuj, Drogi Czytelniku, że w tym- mimo wszystko- krótkim eseju odpowiem na nie. Jedyne, co mogę, to zarysować pewien koncept.

Zanim nasi przodkowie nabrali ogłady, byli najeźdźcami. Europę stworzyły najazdy.Achajowie przybili czubastymi łodziami do brzegów Krety i powalili cywilizację minojską, która czciła byki i labrysy. Achajowie stali się mieszkańcami Grecji i zanim ulegli Rzymianom, zasiedli do filozofii i literatury. Rzymianie objęli swoim surowym panowaniem całe Mare Mediterraneum, oparli się o Dunaj, Alpy i Ren. Wszędzie, gdzie dotarli swoimi legionami, przynieśli swoje prawo. O rdzennym mieszkańcu jednej z rzymskich prowincji- Galilei, już wkrótce opowiadać mieli misjonarze, którzy nieraz swoje kaznodziejstwo zakończyli w paszczach cyrkowych lwów.

I tutaj na scenę wkraczają nasi przodkowie. Germanie, Celtowie, Goci- to oni rozsadzą Imperium. Nim Alaryk i Rycymer splądrują Rzym, podzielone już Cesarstwo Zachodniorzymskie skurczy się i rozchwieje. Na jego gruzach powstaną rozliczne państwa. A parę wieków spóźnieni Słowianie swoje siedziby odnajdą wśród puszcz i pól, jak to później nazwą Germanie, Mitteleuropy.

Więc stąd przychodzimy. Od Greków wzięliśmy umiłowanie mądrości, od Rzymian- pragnienie sprawiedliwości, a chrześcijaństwo dało nam moralność. Z tymi trzema czynnikami będziemy przez wieki polemizować, będziemy je reinterpretować- ale nie sposób zaprzeczyć, że są one filarami tego, co nazywamy europejskością. Ja się z nią identyfikuję- a więc tak, czuję się Europejczykiem.

Dziś Europa przechodzi kryzys. To widzimy. Wielu twierdzi, że jest to kryzys epokowy. I coś w tym jest. Europa- szczególnie Zachód- odcina się gwałtownie od chrześcijańskich korzeni, relatywizuje sprawiedliwość i mądrość. Jeżeli coś można nazwać zagubieniem idei- to to, co obserwujemy we Francji czy Holandii, gdzie imigranci posiadają przywileje wobec rodzimych obywateli. Gdzie przymyka się oczy na przemoc pośród przedmieść Paryża. Gdzie-jak w bawarskiej szkole- zakazuje się krótkich spódniczek dziewczynom, gdyż nowo przybyli mogą czuć się nieswojo. Ze skrajności drugowojennych zbrodni wpadliśmy w skrajność nowoczesnej uległości każdemu elementowi obcemu.

Tak, zaprzeczyliśmy swoim własnym źródłom, uprzednio wielokrotnie legitymizując nimi każdą zbrodnię. Po latach rozwoju i postępu hitlerowcy i bolszewicy zafundowali nam dzicz, której rozrost pierwotnie ignorowano. A alibi dla zdziczenia- tu piję zwłaszcza do hitlerowców- próbowano szukać w przeszłych dokonaniach Niemców, w ich domniemanym prymacie w Europie. A jeszcze wcześniej: czyż Leopold III, król Belgów, na którego polecenie dokonano wieloletniej rzezi w Kongu, nie dyskutował na swoim dworze z filozofami i duchownymi? Czy hiszpańscy konkwistadorzy nie wycięli Inków w pień z imieniem Boga na ustach?
Jak wiele razy sprzeniewierzyliśmy się własnym zasadom, mordując w imię ładu społecznego?

Albert Camus w Upadku znakomicie diagnozuje naszą kondycję: Jedno zdanie wystarczy dla nowoczesnego człowieka: uprawiał nierząd i czytał dzienniki. Zgrywamy oczytanych i światłych, a nieraz jako społeczeństwo oddajemy się najbardziej prymitywnym rozrywkom, reagujemy na krzywdę obojętnością. To zauważono.

Ale gdy to zauważono, zrobiono coś jeszcze gorszego: uznano, że źródła są fałszywe. W istocie, zamiast ukrócić fałszywość w postępowaniu, stwierdzono- może i z premedytacją- fałszywość idei. To nie my zawiedliśmy! Nasi nauczyciele jedno mówili, a drugie robili! Ale czy z powodu złego nauczyciela należy odrzucić naukę (zresztą- dlaczego dostrzeżono tylko tych złych nauczycieli, skoro było wielu dobrych? Może dlatego, że zło jest bardziej spektakularne- nie wiem)?

Uznano, że tak. Że trzeba wyprzeć się tego, co było, oferując w zamian nihilizm i hedonizm. Czyli nic. A życie nie znosi próżni. Tę próżnię może wypełnić rosnący w siłę islam. Jest to religia surowa- ale jakże inna religia mogła powstać na pustyni?- i zupełnie nam obca. Ale ona posiada pewne wartości. A pewne wartości w porównaniu z żadnymi wartościami to zawsze jest coś. Prosta matematyka. Ci ludzie posiadają pewien kręgosłup moralny, który w wielu wypadkach bywa okrutny. Ale istnieje, na czymś się wspiera. Zachód kręgosłup moralny postanowił zaś sobie amputować niemal całkowicie. Została tylko namiastka, której podstawą jest tolerancja dla wszystkiego, co inne od starego ładu. 

Nie jestem wrogiem innych społeczności czy przekonań. Ale jestem przyjacielem Europy, jestem chrześcijaninem i humanistą zatroskanym o cywilizację, która stworzyła mnie, moich przodków, moje otoczenie i historię. Reaguję oporem na próbę skuwania fundamentów, na których zbudowaliśmy nasz dom, choć nieraz próbowano go burzyć i trzeba go było remontować. A fundamenty przecież są trwałe.

Byliśmy najeźdźcami. Ale wyciągnęliśmy lekcje od tych, na których dobra przyszliśmy, po wiekach nauczyliśmy się dbać o nasze dziedzictwo. Z wieku na wiek coraz mniej byliśmy przybranymi dziećmi Europy, stawaliśmy się prawowitymi spadkobiercami. Błądzącymi, to fakt. Zawsze jednak potrafiliśmy wrócić na dobrą ścieżkę. A dziś- dziś możemy z niej zboczyć nieodwracalnie.

Dość długo uważałem, że walka tocząca się na Starym Kontynencie jest istotna z punktu widzenia narodów czy religii. Ale tutaj starcie toczy się o idee wieczne, takie jak prawda, dobro, piękno. To, czy w przyszłości będą istnieć Polska czy Niemcy jest rzeczą wtórną wobec pytania, czy ludzie w przyszłości będą potrafili kochać, poszukiwać sensu życia albo zachwycać się światem. Czy wzniesiemy się ponad nasze słabości, czy też runiemy w nie, aby wkrótce, gdy będzie już za późno, obserwować koniec cywilizacji, jaką znamy. Kto wtedy przekaże nasze przykazania dzieciom i wnukom? Kto opowie o chwalebnych czynach przodków?

Być może Zachód upadnie. Może wkrótce- a wkrótce to tutaj perspektywa parudziesięciu lat- kraje tak zwanej Starej Europy zmienią się nie do poznania. Jean Raspail w książce Obóz Świętych już kilkadziesiąt lat temu kreślił wizję masowej imigracji do Europy. Jest to wizja krwawa- i wcale nie taka, co widzimy coraz wyraźniej, nieprawdopodobna. Ale jest jeszcze Mitteleuropa- to my, Europa Środkowa- ci, którzy przyszli tu później. Może to nasze dziejowe zadanie, być Nowym Bizancjum? Może w tym będzie jakaś przewrotna wielkość- ocalać to, co gdzie indziej upadło?

Ale przecież nie o terytoria tu chodzi, choć wierzę po trochu w historyczną misję Mitteleuropy.  Lecz jeżeli faktycznie chcemy, by grecka mądrość, rzymska sprawiedliwość i chrześcijańska moralność gdziekolwiek przetrwały- musimy przede wszystkim sami stać się odzwierciedleniami tych idei. Człowiek to najlepsza księga-stwierdził mój dobry znajomy, gdy rozmawialiśmy na ten temat. I tak jest rzeczywiście. Musimy wrócić do źródeł. Tu i teraz. Na wschodzie czy na zachodzie. Na północy czy południu. To ludzie tworzą Europę, nie rzeki czy góry. Musimy być wierni naszym ideom, niezależnie od tego, co czeka nas jutro i ilu nas zostanie.

I jeśli Miasto padnie, a ocaleje jeden
on będzie niósł Miasto w sobie po drogach wygnania
on będzie Miasto

(Zbigniew Herbert, Raport z oblężonego miasta)

niedziela, 3 maja 2015

Młodzieńcze ideały, dojrzała apatia

Witam po kolejnej dłuższej przerwie. Mam nadzieję (po raz kolejny), że będę mógł pisać dla Was częściej.

Ostatnimi czasy zaczytuję się w wielkim mistrzu prozy i filozofie XX wieku, jakim był Albert Camus. Wszyscy znamy go z lektury Dżumy w klasach licealnych- ja z maturalnej, ale różnie to w różnych latach bywało. Z góry mówię: dziś na pewno nie poruszę myśli tego intelektualisty w sposób mocniejszy, ale jestem pewien, że będę do tej osoby wielokrotnie w tutejszych felietonach wracał.

Jednym z wczesnych dzieł Alberta Camus jest niezbyt długa, ale bogata treściowo rozprawa filozoficzna zatytułowana Mit Syzyfa. Camus porusza w niej główne problemy egzystencjalne, patrząc na nie z perspektywy człowieka może niekoniecznie niewierzącego, ale na pewno powątpiewającego o pozamaterialnej rzeczywistości. Francuz zauważa niby oczywistą, ale istotną rzecz: że między człowiekiem a otaczającą go rzeczywistością istnieje rozdźwięk, który nazywa absurdem. Człowiek z rzeczywistością się zderza, próbuje odnaleźć punkty wspólne, co w końcu rodzi krzyk nadziei, będący niczym innym, a tego absurdu odkryciem.

Zostawmy dziś to, jak Camus rozumie absurd, wszyscy bowiem summa summarum zauważamy to, że świat nie jest taki, jak byśmy chcieli. Zajmijmy się tym, co robi człowiek absurdalny i człowiek pogodzony, jak określa dwie postawy wobec świata francuski filozof. Człowiek pogodzony przyjmuje, że świat jest jaki jest i nie chce nic z tym faktem robić. Wtedy traci swoją oryginalność jako człowiek. Człowiek absurdalny buntuje się. Co prawda Camus pisze, że bez nadziei na lepsze jutro, ale dla nas istotne jest, że buntuje się w ogóle.

Postawa buntu jest charakterystyczna dla wieku dojrzewania. Nie zgadzamy się na świat taki, jaki zastajemy, drażni nas sztampowość wielu zasad i apatia dorosłych. Imponują nam ludzie, którzy rzucają wyzwania, są odważni i bezkompromisowi. Ale wielu z biegiem czasu taką ścieżkę porzuca. Dlaczego?

Kiedyś na to pytanie odpowiedź wydawała się prostsza: z lenistwa i ze strachu. Dziś wiem, że wcale tak łatwa nie jest. Wiem jeszcze jedno: że w tym krótkim dość tekście wystarczającej odpowiedzi nie znajdę. Postaram się jednak do niej chociaż odrobinę przybliżyć.

Na pewno porzucenie postawy buntowniczej dyktuje nieraz brak zapału (czasem tożsamy z lenistwem), nieraz również strach przed poniesieniem osobistych konsekwencji za brak pokory. Ale na taką decyzję wpływa często także coś, co nazywamy zdrowym rozsądkiem. Świadomość, że moja niezgoda na pewien stan rzeczy może odbić się negatywnie na przyjaciołach, dziewczynie, a w późniejszym okresie żonie i dzieciach. Często ryzyko podejmowane razem z oporem wobec niesprawiedliwości czy niemoralności wydaje się nam po prostu za duże. Czy to strach? Być może. Ale jest to także prosty wniosek wyciągnięty z faktu, że nie żyjemy na odludziu, ale w pewnym społeczeństwie, gdzie ponosimy za siebie wzajemnie w jakimś stopniu odpowiedzialność. Zresztą wątpię osobiście, by samotnicy byli ludźmi prawdziwie szczęśliwymi.

Czy to oznacza, że jedynym wyjściem jest milcząca akceptacja zła? W żadnym wypadku. Tu także przychodzi nam z pomocą Albert Camus. Opisuje on tytułowego Syzyfa (który, przypominam, z wyroku bogów musiał toczyć kamień pod górę z której to przy samym szczycie głaz się zsuwał- i tak w nieskończoność) w momencie dość osobliwym- kiedy schodzi w dolinę po kamień, który właśnie się stoczył:

Interesuje mnie Syzyf podczas tego powrotu, podczas tej pauzy. Twarz, która cierpi blisko kamieni, sama jest już kamieniem. Widzę, jak ten człowiek schodzi ciężkim, ale równym krokiem ku udręce, której końca nie zazna. Ten czas, który jest jak oddech i powraca równie niezawodnie jak przeznaczone Syzyfowi cierpienie, jest czasem jego świadomości. W każdej z owych chwil, gdy ze szczytu idzie ku kryjówkom bogów, jest ponad swoim losem. Jest silniejszy niż jego kamień.

Że toczenie kamienia pod górę jest metaforą ludzkiego życia- rozumiemy. Ale co chce powiedzieć Camus poprzez ten fragment? Kilka niezbyt lotnych prawd. Przede wszystkim: że bunt to nie jest odrzucenie cierpienia.  Bunt musi rodzić się wewnątrz nas i polega nie na ucieczce, tchórzostwie i odrzuceniu swojego losu, ale na przyjęciu go i równoczesnym przekonaniu o pewnych racjach. Buntować się trzeba z głową. Mierzyć siły na zamiary. Wielu poprzez krótkie porywy serca nie udaje się zmienić świata, co zniechęca ich do podejmowania jakichkolwiek innych działań. Bunt prawdziwy to bunt wytrwałych. To trwanie w pewnej rzeczywistości z jednoczesną próbą zmiany jej na tyle, na ile się da. Nie zawsze efekty tej próby ujrzymy w krótkiej perspektywie czasu, może nawet nie ujrzymy ich za swojego życia. Ale to niczego nie przekreśla. Pełni świadomości, że możemy włożyć jakieś konkretne siły w jakiś konkretny wysiłek sprowadzający na świat jeszcze choć odrobinę dobra- warto, byśmy to robili. Cenne zwycięstwa nie zawsze są spektakularne.

Ważne, to nie bać się iść pod górę, tocząc swój los. Idąc pod górę, idzie się także ku światłu. A kamień przecież spada i wtedy jesteśmy chociaż chwilę wolni tutaj, na tym świecie.

sobota, 27 grudnia 2014

O czym Ty właściwie piszesz? Czyli o tak zwanym "Dzisiaj"

Pytanie postawione w tytule zadano mi już kilka razy. Właściwie to jest zasadne. Tu wpis o Świętym Mikołaju, tu o edukacji, tu o Iwaszkiewiczu i Cohenie. W sieci jest tego typu miejsc miliony, zazwyczaj prowadzone są przez sfrustrowanych nastolatków, ewentualnie ludzi żyjących w nieudanych małżeństwach. No dobra. W dzisiejszych czasach- niekoniecznie małżeństwach. Mnie nie dotyczy ani jedno (już), ani drugie (jeszcze).

Ale jest poniekąd prawdą, że byłem sfrustrowanym nastolatkiem, kiedy zaczynałem prowadzić Zapiski Barbarzyńcy. I co gorsze, nie uważam tego buntu (bo bunt przeciw rzeczywistości jest podobno wpisany w wiek młodzieńczy) za rzecz złą, wręcz przeciwnie. Sprzeciw wobec zastanego porządku może urodzić dobre owoce. Problem w tym, że żyjemy w epoce, w której wiedzą, jak z nastoletnim buntem sobie poradzić.

Nie mam nic przeciwko pójściu do klubu czy na dyskotekę. Nie jest to raczej mój ulubiony sposób spędzania wolnego czasu, ale jak ktoś lubi, to okej. Nic też nie mam przeciwko innym nowoczesnym sprawom, które wszystkich fascynują. Problem w tym, że wiele z nich staje się szybko tylko tanim ersatzem (Ha! Ersatz! Co za wspaniałe niemieckie słowo na "podróbkę", tanie zastępstwo!) prawdziwego życia.

Odbiegłem od tematu? Niekoniecznie. Właśnie to mnie denerwowało, gdy zaczynałem pisać bloga. Że mylimy sprawy mniej ważne z naprawdę ważnymi. Że są ludzie, którzy potrafią przyjść co drugi poranek z całonocnego clubbingu, nie umiejąc w zamian odpowiedzieć na pytanie: O czym marzysz? Że są ludzie, których potrafi połączyć tylko to, że idą się napić razem. Że coraz więcej osób dostaje czegoś na kształt wysypki, kiedy ktoś ma jakąś pasję. Niezależnie od tego, czy jest to kolekcjonowanie podstawek pod piwo, naprawianie motorów, fotografia, podróżowanie czy pisanie. Chory, wariat, pojebany. 

Przeciwko alkoholowi samemu w sobie też nic nie mam. Powiem więcej. Odbyłem wiele wartościowych rozmów przy kuflu piwa. Niekoniecznie jednym. Niemniej, jeśli ktoś musi lecieć w melo co drugi dzień, to coś tutaj jest nie halo.

Wielkie spłycenie i zubożenie intelektualne rozgrywa się na naszych oczach. Głębokie przemyślenia podsuwają nam portale typu Demotywatory, Temyśli.pl (czy jak to tam się zwie). Załamuję ręce, kiedy ktoś co drugi dzień wrzuca na swoje Facebookowe konto sentencje typu nie przejmuj się tym, co myślą inni (swoją drogą- gdyby taki wrzucający naprawdę się nie przejmował, to by cały czas tego nie wrzucał. Ale na to chyba wszyscy wpadliśmy), ewentualnie samotność to najgorsze, co może spotkać człowieka w milionach konfiguracji, najczęściej w kontekście miłosnego zranienia.
Do szału niemal doprowadza mnie taki to niby to głęboki jak Rów Mariański, a w rzeczywistości płytki jak brodzik dla dzieci (do zakupu w dobrych sklepach) cytacik, skonstruowany przez bolejące serduszka i przez inne bolejące serduszka wrzucany. Na litość boską, jak już musisz, to sięgnij po dobrych autorów! Niekoniecznie Paulo Coelho! Nie twierdzę przy tym, że Coelho jest autorem złym (choć nie stoi on w moim panteonie wielkich twórców. Nawet południowoamerykańskich). Czasem jednak można odnieść wrażenie, że jest autorem jedynym. No ale przecież czytać jakieś tam książki to siara, no nie. Stary, nie rób siary i schowaj tę książkę. 

O nowoczesnej sztuce (przynajmniej tej promowanej) nie wypowiem się, bo temat doprowadza mnie niemal do furii. Tak, jestem cholerykiem. Ale podejrzewam, że choćbym był oazą spokoju, to i tak bym się denerwował. Także zostawmy sobie temat na kiedy indziej. 

Podałem już kilka symptomów choroby. Czym więc jest to, o czym- i dlaczego- piszę?
To erozja duchowa. Dotyka całej cywilizacji, ale także nas samych. Nawet to, co było pokarmem dla ducha, stało się dobrem konsumpcyjnym. Ilość słabych cytatów, które jesteśmy w stanie przeczytać, jest spora. Ilość słabych, grafomańskich nieraz książek spod rączek celebrytów- również. Ilość słabych filmów, które możemy obejrzeć- dość pokaźna.

A odchodząc od rzekomego sacrum, a idąc w kierunku profanum? Ilość alkoholu, który możemy wypić, zwiększa się w miarę picia- aż do ilości, które jest w stanie wytrzymać organizm. Ilość klubów, które można odwiedzić jednej nocy, jest całkiem duża. Ilość stosunków seksualnych, które jesteśmy w stanie odbyć w ciągu doby, statystycznie jest niemała.

Ale czy to wszystko samo w sobie i samo z siebie daje nam prawdziwą radość, bezpieczeństwo, rozwój? Nie ma spraw ważniejszych?

Nie jestem wrogiem rozrywki, już mówiłem. Ale dziś nasze człowieczeństwo próbuje się zdegradować tylko do niej, do bycia zwierzęciem rozrywkowym. Taka forma dla każdej warstwy rządzącej jest najwygodniejsza, bo łatwa w pacyfikacji...i ślepa. Tu się zabaw, tam się zabaw, wytrzeźwiej, idź do pracy, znów się zabaw, znów idź do pracy, umrzyj tuż przed wyjściem z wieku produkcyjnego. I nie myśl. Nie myśl za żadne skarby. Bierz sieczkę garściami. Ale nie szukaj pereł. Jak zacznie się kotłować w dyskotece, to przecież można wezwać ochronę i spałować towarzystwo. Człowieka myślącego spałować można. Ale on dalej będzie myślał. I tu się rodzi niebezpieczeństwo.

Nie rzucam oskarżeń w kierunku takiej czy innej partii. Nazywam pewne ogólnoświatowe tendencje po imieniu. A my musimy iść pod prąd tych tendencji, wracać do klasycznej myśli i sztuki, czerpać garściami z całego prawdziwego bogactwa tego świata. Nie możemy bać się myśleć i dociekać, szukać transcendentnych celi. To jest właśnie szczególna cecha naszego człowieczeństwa! Myślenie! Od niego zaczyna się zmienianie świata!

Właśnie dlatego prowadzę tego bloga z różną regularnością. Aby wyrażać to, co myślę. Aby budzić do myślenia innych- choćby czytały mnie dwie, trzy osoby. Zmiana świata zaczyna się, jak pisał nasz noblista Czesław Miłosz, od wielkiego zdziwienia, ono rodzi myśl. To wielkie zdziwienie, zdziwienie jak barbarzyńca w ogrodzie (tak. Od tej przeznakomitej książki Herberta zaczerpnąłem nazwę bloga) chcę wyrażać i dzięki niemu zmieniać świat na swoje drobne możliwości. Wypełnić pustkę, choćby odrobinę.

Po to tu jestem i chcę dla Was pisać częściej. Mam nadzieję, że mi się uda. Trzymajcie się.

sobota, 6 grudnia 2014

Paradoks Świętego Mikołaja

Witam po kolejnej przerwie. Dawno nie pisałem. Nadrabiam zatem zaległości.

Dziś mamy 6 grudnia, wspomnienie świętego Mikołaja. Kim był i jaka tradycja się z tym wiąże, nie muszę chyba wyjaśniać. Koleżanka zwróciła mi dziś uwagę na pewien oczywisty i zauważalny paradoks: Kiedy jesteśmy dziećmi, wierzymy w świętego Mikołaja i w to, że to on przynosi prezenty. Później dorastamy i dowiadujemy się, że to nie Mikołaj przynosi prezenty. A potem z reguły sami tłumaczymy dzieciom, że prezenty przynosi Mikołaj- a nawet czasami sami się za niego przebieramy.

Ja wierzę w świętego Mikołaja jako takiego. W końcu uważam się za chrześcijanina rytu rzymskiego, więc uznaję także świętych obcowanie. Ale przecież mam swoje lata i dobrze wiem, kto przynosi prezenty, a więc równocześnie kto ich nie przynosi. Dlaczego zatem podtrzymujemy w dzieciach wiarę w to, że upominki przynosi biskup tureckiego miasteczka- lub, w komercjalnej wersji- brzuchaty dziadek w czerwonym kubraczku, przyjeżdżający saniami z Laponii?

Zasadniczo odpowiedź wydaje się żałośnie prosta: bo taka jest tradycja. Ewentualnie: bo dzieci się cieszą. No dobrze, ale dlaczego kultywujemy taki zwyczaj? Nie ma innych rzeczy, z których mogłyby się dzieci cieszyć?

Na takie postawienie sprawy nie znajdujemy zazwyczaj jednoznacznej odpowiedzi, ale kontestowanie tradycji mikołajowej budzi w nas podświadomy bunt. Mam wrażenie, że nie tylko z powodu dobrych wspomnień z dzieciństwa związanych z dniem szóstym grudnia.

Zastanówmy się zatem, jakby wyglądał nasz kraj bez Mikołaja roznoszącego podarunki 6 grudnia, a w innych krajach robiącego to w Noc Bożonarodzeniową. Czegoś by brakowało, prawda? Odrobiny szczęścia i wielu uśmiechów na twarzy. Ale nie tylko.

Święty Mikołaj jest przecież także uosobieniem bezinteresowności, dobroci. To jedna z tych postaci, która przekazuje nam pierwiastek człowieczeństwa, zaszczepiony w latach najmłodszych. Nie doceniamy, wydaje mi się, roli socjologicznej i wychowawczej, jaką pełni Santa Claus, Saint Nicholas, czy jak to tam jest On w różnych krajach zwany. Mikołaj to postać wyłamująca nas choć na chwilę z mechanizmów różnych relacji, gospodarczych czy niegospodarczych, opartych na zależności coś za coś. 

Święty Mikołaj to zwycięstwo przekonania, że jest coś ważniejszego od kalkulacji. Uczy nas przyjemności i pożyteczności nie tylko z dostawania, ale także dawania. Spełniona nadzieja na to, że ktoś nas kocha i ktoś jest wdzięczny, realizacja tej potrzeby kochania i bycia kochanym, czyni z nas ludzi. Potrzeba dzielenia się to także jeden z fundamentów naszej europejskiej cywilizacji. Antoine de Saint-Exupery swoją książkę Ziemia, planeta ludzi zakończył słowami:

Tylko Duch, jeżeli tchnie na glinę, może stworzyć Człowieka.

Tradycja mikołajowa to jedno z tchnień tego Ducha. Oby trwała do końca świata, bo bez niej moglibyśmy być ubożsi nie tylko o kilku przebierańców.

środa, 3 września 2014

Zadanie

Witam po przerwie. Wybaczcie. Facebook i Twitter to jednak znakomite pole do krótkich komunikatów, na wpisy blogowe ostatnio mnie nie zbiera. Zresztą, tak będzie dalej, jeśli wytrwam w postanowieniu.

A więc podjąłem się dawno zapowiedzianego zadania, jakim jest napisanie czegoś z gatunku prozy.
O ile mi starczy sił i chęci, zamierzam stworzyć coś o wszystkim. Czasach, które dawno minęły- choć nie minęły do końca, coś o wczoraj i dziś, a może także o jutrze.

Dużą rolę będzie tam odgrywała Europa Śródziemnomorska- tyle mogę zdradzić. Ale to nie będzie podróż od punktu A do punktu B. Będzie dość nieliniowo. Myślę, że może być ciekawie. A czy się to uda- zobaczymy.

Na razie nie powiem więcej. Śledźcie, piszcie. Dziękuję za wiadomości na Facebooku, także te mailowe. Trzymajcie się.

poniedziałek, 7 lipca 2014

Matka Przedziwna

Dziś będzie bardzo katolsko. Wybaczcie, niewierzący, wątpiący i wyznający bratnie odłamy wiary chrześcijańskiej. Ale jest pewna Pani, o której muszę napisać, skoro powróciłem dosłownie wprost od Niej.

Po raz któryś z rzędu brałem udział w wielkim, kilkusetletnim już fenomenie, jakim są pielgrzymki na Jasną Górę. Nie szedłem, co prawda, z tłumną, typową pielgrzymką parafialną. Nie lubię takich. Nie pytajcie: Czemu. Nie lubię, po prostu. Kolumna ludzi śpiewających cały czas nabożne pieśni bez chwili ciszy, stłoczeni pątnicy na asfalcie- Sorry. Nie mój klimat. Potrzebuję chwili ciszy, oddalenia się od zgiełku. Możliwości przemyśleń, notatek, rozmowy poważnej mniej-bardziej. Dlatego też wybrałem się z grupą dwudziestu kilku osób na pielgrzymkę szlakiem Orlich Gniazd z młodzieżą z mojej rodzinnej Józefki i Zabrza-Helenki, pod przewodnictwem don Marka Mani. Raz trzeci, czwarty-nie wiem. Nie liczę już.

Nie umniejszam, rzecz jasna, nic nikomu, kto lubi pójść w dwa lub więcej dni z połową swojej parafii do Częstochowy. Proszę bardzo, co kto woli. Ja po prostu tak nie umiem. I tyle. Dlatego bliższe są mi klimaty Camino de Santiago.

Tak więc szedłem do naszego narodowego sanktuarium. Wyjątkowego wśród narodowych sanktuariów świata. Skrzywicie się i powiecie, że zacząłem tu propagandę spod znaku Pewnego Katolickiego Radia i Pewnej Katolickiej Telewizji. Nie jest tak do końca. Nie przypominam sobie, żeby któreś inne sanktuarium było trzykrotnie obleganą twierdzą, z których to trzech oblężeń powiodło się tylko jedno- rosyjskie w 1770-1772 r. (wot, gieroje...). Nawet ciężko powiedzieć, że to Rosjanie byli skuteczni, bo Jasną Górę poddał król Stasiu August, który zasłynął wieloma tego typu numerami. A chłopaki z Kazimierzem Pułaskim na czele wzięli się bronili dwa lata.

Poza tym, sanktuaria narodowe innych krajów zmieniały się na przestrzeni lat. Kiedyś Francuzi chodzili do Vezelay, teraz chodzą do Lourdes. Podobnie w innych krajach. A Jasna Góra trwa i trwa, juz siedem wieków. Trwa jakby na przekór polskiej historii, która postrzępiona jest niemiłosiernie. Ostoja. Czy tego chcemy, czy nie.

Moje spotkania z Matką Boską Częstochowską zaczęły się już we wczesnym dzieciństwie. Rodzice zabierali mnie na Jasną Górę. Kaplica dla mnie była niesamowita, bajkowa. Składałem rączki i modliłem się do Bozi, mało co rozumiałem, ale byłem niewątpliwie przejęty.

Potem podrosłem, poszedłem na pielgrzymkę szlakiem Orlich Gniazd. Raz, drugi, kolejny. Spotkania nabrały nowej barwy, duma z pokonanej trasy i ciężar przebytej drogi mieszał się z refleksjami na temat dosłownie wszystkiego. Wreszcie w maju tego roku wybraliśmy się na Nocną Pielgrzymkę z Piekar, organizowaną przez Michała Pieca. To było chyba najkrótsze spotkanie, bo przebyte w ciagu parunastu godzin 60 kilometrów dawało się we znaki wszystkim. Sam z klęczek wstawałem etapami.

I wiele innych, nie-pieszych wizyt było po drodze. Ale największe chyba wzruszenie połączone z Matką Boską Częstochowską przeżyłem w Grecji, na Santorini.

Jako uczeń szkoły średniej śmiałem się w kułak przy lekturze Latarnika Sienkiewicza. No bo jak to, przeczytał chłopina po dwudzietu latach parę zdań po polsku i już płacze straszliwie, rozpacza za ojczyzną. Toż to lament i brazylijska telenowela.

Na Santorini jest jeden jedyny kościół katolicki. Przyszedłem tam podczas króciutkiego pobytu na tej uroczej wyspie, trochę żeby zajrzeć i pomodlić się, a trochę żeby skryć się przed skwarem. Klęknąłem w ławce. Obróciłem głowę...i zobaczyłem Ikonę Matki Boskiej z Jasnej Góry. I wiecie co? Chciało mi się ryczeć. Serio. Zrozumiałem wtedy Latarnika i w duchu przeprosiłem Sienkiewicza. Mam nadzieję, że Henio wybaczył.

Stąd tytuł posta: Matka Przedziwna. Matka, do której się idzie do domu, ale która też zjawia się w najmniej oczekiwanym momencie. Taki mały kawałek Polski i siebie samego.

Dobrze, że jesteś, Pani z Jasnej Góry, choć dostaję szału, gdy słyszę disco-duchowe pieśni na częstochowskim parkingu, kaplica cały czas jest pełna, wokół wzgórza roi się od gastronomii i dewocjonaliów,  a co po niektórzy lubią sobie na Apelu Jasnogórskim zrobić trochę polityki. Wiem, że jesteś ponad to.

I gdziekolwiek mnie nie rzuci życie, to chciałbym zawsze zawołać, że jestem, pamiętam i czuwam. 

czwartek, 26 czerwca 2014

O to walczymy

Dużo nam się dzieje ostatnio w Polsce, oj, dużo. Takiego zatrzęsienia to już ładnych parę lat nie mieliśmy. Na fali obecnej afery taśmowej i wkroczenia służb państwowych do siedzibiy redakcji Wprost zdarzył się nawet jeden dzień, gdy dziennikarze zjednoczyli się w obronie wolnego słowa i krytykowali Pana Premiera. Niespotykane obecnie, naprawdę.

Ale czas tego zjednoczenia już mija, afera powoli jest prostowana w mediach po myśli rządu, okazuje się, że to wcale nie było tak, że to nie rząd winny, nie Pan Premier. Zresztą, rząd otrzymał wotum zaufania, więc trwa dalej w swojej, półrealnej już, twierdzy władzy. Wszystko wraca do normy. Koalicja pozostaje koalicją, a opozycja opozycją. Koalicja opozycji zmieść do końca nie może, opozycja koalicji zwalczyć nie potrafi. Wot, wsjo kak obychno. 

Uśmiecham się pod nosem, gdy widzę, czyje twarze przewijają się w telewizji podczas tego zgiełku. Robię nieprzyjemny grymas, gdy jeszcze-jeszcze usiłują przekonać nas, że to w Sejmie znajduje się cała reprezentacja narodu, a poza nim to są już tylko i wyłącznie ekstremiści, durnie, popaprańcy i mąciciele. Tak? Coś mi się nie wydaje.

Pojawiła się partia, jedna, druga, które próbują stanąć w szranki z obecnym układem sił politycznych. Póki co, udaje się to jedynie Nowej Prawicy, której (jak wiadomo) przewodniczy polityczny weteran w muszce, czyli Janusz Korwin-Mikke. Nie chcę się teraz rozwodzić nad tym, czy Korwina popieram całkowicie, częściowo, czy może wcale. Nie o to chodzi.

Chodzi o to, że partia budowana od zera nagle dostaje się do Europarlamentu, wyrzucając paru stałych bywalców tamtejszego monstrum ze szkła i betonu. Że nagle partia, której jeszcze rok temu jakby nie było dziś zgarnia w sondażach dziesięć procent i wyprzedza komuni...socjaldemokratyczne SLD. Chodzi też o to, że Ruch Narodowy, który także niedawno nie istniał, pomimo porażki w wyborach sprawnie realizuje kolejne protesty i manifestacje. Mariusz Max-Kolonko zgarnia milionową widownię. Prawicowe portale przeżywają renesans.

Robi się, słowem, wyłom. Wyłom w świadomości młodych Polaków. Bo- nie oszukujmy się- to nie jest bunt gimnazjalistów, dla których polityka to trochę taki Medieval: Total War, a trochę wyścig na błyskotliwość w słowach. To jest bunt studentów, bunt młodych pracowników i przedsiębiorców. Coraz częściej także bunt ich rodziców, którzy już dawno wiedzieli, że to nie Polska, o którą walczyli, ale z którą też trudno było walczyć. Dostali wsparcie młodego pokolenia, walka staje się łatwiejsza.

Darujmy spekulacje, czy wybór Ruchu Narodowego czy Kongresu Nowej Prawicy jest rozsądny. Dziś wielu stawia na te siły nie tylko- lub wcale- ze względu na ich hasła, ale ze względu na fakt, że póki co są to siły, które słuchają. Słuchają-póki co- głosu wyborców. O tym duże partie zapomniały, zajmując się czyszczeniem sobie pola do działania. O tym zapomniał rząd pogrążony w propagandzie sukcesu na tyle, że jego członkowie rozmawiają o kluczowych sprawach państwa po knajpach.

Pewien mężczyzna zawołał do kamery TVN: Panie Premierze, idziemy po Pana. To nie do końca prawda. My nie idziemy po Premiera. My idziemy po Polskę. Idziemy ją odzyskać dla mieszkańców naszego kraju. Dla siebie.

Chcemy żyć w kraju, gdzie zarobki nie toną w biurokratycznej machinie. W kraju, który nie robi serialu o emigrantach (tak, mówię o Londyńczykach), ale który realnie stwarza perspektywy, by tu zostać. Ja wiem, że zostanę. Ale czy moi rówieśnicy będą mieli w sobie równie dużo determinacji?

Chcemy żyć w Polsce, która jest dumna ze swojej historii, a nie takiej, która kaja się z jej powodu przed byle państewkiem, żeby tylko nie urazić. Mamy być z czego dumni! Chcemy być z tego dumni!

Chcemy żyć w Polsce, która nie jest drugą Japonią czy Irlandią, ale jest pierwszą Polską. Która rozwiązuje problemy nie przez bezmyślne kopiowanie rozwiązań z Zachodu, ale wprowadza swoje pomysły i buduje swój dobrobyt w oparciu o własną specyfikę.

Chcemy żyć w Polsce bezpiecznej, gdzie wymiar sprawiedliwości ma realne pole działania, przestępcy boją się popełniać przestępstwa, a obywatele wiedzą, że są bronieni przed nadużyciami z każdej strony.

Chcemy żyć  w Polsce przyjaznej przedsiębiorcom, zwłaszcza rodzimym, społecznikom i pozytywnym zapaleńcom. Bo o takich ludzi opiera swe działanie zdrowe państwo, im ufa.

O to walczymy. To nic niezwykłego. Nie dziwcie się nam. To jest testament Solidarności- tej prawdziwej, a nie tej układowej. I ten testament wykonamy.